Z Tatrami w tle

 

Dojazd na miejsce pomimo znacznej odległości nie nużył, bo jechało się szybko. Wzrok przyciągały lekko zamglone, ośnieżone Tatry, dodatkowym urozmaiceniem był objazd prowadzący nad Jeziorem Czorsztyńskim.  Na miejscu okazało się, że „miasteczko rowerowe” i meta są w połowie stoku a parking i start na dole. Ciekawe rozwiązanie, jednak mało praktyczne, bo po zjechaniu z mety do parkingu (tu był wydawany makaron) mało komu chciało się ponownie wdrapywać na górę chociażby dla obejrzenia dekoracji zwycięzców.


Po treningowym podjeździe do „miasteczka” i zjeździe na dół można było się rozebrać i wystartować na krótko. Pomimo słońca wiał chłodny wiatr i nie było oczywiste, jak się ubrać.


Na starcie nie było wielkiego tłoku bo wystartowało ok. 700 osób. Pierwsze kilometry po pofałdowanym terenie przebiegały płynnie, potem zrobiło się jakby ciężej. Może to tylko moje nogi były ciężkie, bo coraz więcej osób zaczęło mnie wyprzedzać. Arczi, jadący początkowo po sąsiedzku, zniknął gdzieś z przodu, kilkanaście osób wyprzedzonych wcześniej też pokazało mi plecy i oklapłem ze szczętem.

 

Przed startem luźno wspomniałem, że fajnie byłoby przejechać dystans giga ze względu na poprowadzenie go inną trasą niż mega i z tego parę osób wysnuło wniosek, że będę tak jechał. To była zdecydowanie nadinterpretacja Frown. Teraz chciałem tylko dojechać do mety najkrótszego dystansu i zejść z roweru. Na szczęście zły nastrój minął. Przed metą mini stwierdziłem, że już prawie połowa trasy jest za mną, więc jakoś dociągnę do końca.

 

Jednak teraz kilometry zaczęły uciekać wolniej, za to przybyło podejść. Rower zdecydowanie nie jest stworzony do pchania, zwłaszcza pod górę. Ja też. Wiele razy miałem ochotę położyć się na trawie i kontemplować przyrodę, ale w końcu nie po to przyjechałem, więc jakoś parłem powoli dalej. Dobrze, że były nieliczne odcinki bez większego nachylenia gdzie dało się odpocząć.

Na zjazdach też nie szalałem, bo moja pewność siebie gdzieś odeszła, zwłaszcza po widoku bikera znoszonego na noszach. Zjazdy zresztą były wymagające (dla mnie trudne) – albo luźne czy wystające kamienie, albo błotnista rynna na której groził uślizg. Urozmaiceniem był kawałek poprowadzony strumieniem. Na finałowym podjeździe ktoś z kibiców próbował mnie jeszcze zmotywować do finiszu, ale stać mnie było jedynie na wymuszony uśmiech.

 

Trasa była naprawdę fajna – trudna, górska, emocjonująca – szkoda, że zabrakło mi formy sportowej. Tej nie zabrakło pozostałym naszym bikerom; trzecie miejsce Kacpra, doskonałe czasy Krzycha, Sławka, Arka czy Grzegorza budzą respekt. Gratulacje!

Pozdrawiam rowerowo
Lechu

 


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close