P8280375 - Kopia

Z sakwami przez Dolomity

 Autobus z Opola do Bolzano  jedzie przez Słubice, gdzie jest przesiadka, więc dopiero po prawie 20 godzinach jestem na miejscu. Pudła z bagażem wypakowane, czas na montaż roweru w jedną całość. O 10-tej mogę ruszyć. Najpierw chcę zobaczyć Bolzano, które okazuje się dość przeciętne, jak na włoskie warunki, więc po drobnych zakupach wyjeżdżam z miasta. Jest piękna pogoda, bezchmurne niebo i zaczyna się robić gorąco. Początkowo jadę rowerówką poprowadzoną doliną, na której uwija się sporo cyklistów – na wszelkich możliwych rowerach i nie tylko. Dużo sadów i winnic, dojrzałe winogrona aż zapraszają do skosztowania, jest to zresztą jedna z tras „winnych” jakich jest sporo w tym rejonie. W miarę, jak wjeżdżam w góry ilość rowerzystów spada. Nic dziwnego – jest upalnie a podjazdy w pełnym słońcu wymagają wysiłku. Pierwsza przełęcz to Passo Mendola 1363 m czyli prawie tysiąc wyżej, niż zaczynałem, potem trochę kluczenia i wreszcie docieram do słynnej Val di Sole a potem zaczynam podjazd doliną Van Rendena. Widoki coraz ciekawsze, masywy  Adamella i Brenta, poszarpany Cime Tosa wyłaniają się zza lesistych grzbietów. Na nocleg zatrzymuję się przy wczasowisku Folgarida. Nie ma campingu, więc wyczekuję przy stoliku aż zrobi się ciemno i znajduję w lesie miejsce na rozbicie namiotu. Osiągnięcia dnia: 84 km i 2110 podjazdów. P8240069 P8250136

Rano przestaje działać palnik kuchenki. Najpierw kopci a potem gaśnie na dobre. Pięknie :( Jem zimne śniadanie i kontynuuję podjazd do Madonny di Campiglio a stamtąd trochę szosą, trochę szutrówką długo zjeżdżam w stronę Tione di Trento. Madonna jest urocza, widoki na skalisteP8250162 wieże fascynują, dlatego co chwilę zatrzymuję się żeby strzelić fotę albo po prostu pokontemplować. Nagle dojeżdżam do tunelu na dosyć ruchliwej drodze, trzeba wracać i szukać objazdu. Na ogół oznaczenia dla rowerzystów są dobre ale w newralgicznych momentach zdarzają się braki. Znajduję drogę, którą mogę jechać i dokładam sporo przewyższeń, jednak droga jest tak malownicza – poprowadzona urwiskiem nad rzeką – że nie żałuję. Parokrotnie mijam się z parą sympatycznych Niemców, żeby w końcu pożegnać się z nimi nad Gardą, która była ich celem.P8250184 Upał daje się we znaki, chciałbym gdzieś w cieniu usiąść przy lokalnym winie albo browarze, jednak wiem, że wtedy daleko  nie zajadę. Poza tym ceny 3 – 4 euro za małą szklankę piwa trochę studzą takie zapędy.. Oczywiście przy obiedzie albo wieczorem po etapie nie odmawiam sobie takiej przyjemności, nie mogę się przecież odwodnić :). W Rivie zaliczam kąpiel w jeziorze, woda czysta i ciepła, fale jak na morzu, aż się nie chce wychodzić. Nocuję na campingu kilkanaście km za Arco po przejechaniu 111 km. Dzień tak zleciał, że zapomniałem o poszukaniu nowego palnika, o dziwo wieczorem tamten odpalił i już działał bez zarzutu.   P8260203

Jadąc w stronę Trento natrafiam na drogę z zakazem dla rowerów. Objazd okazuje się dosyć skomplikowany, nadkładam sporo kilometrów i przewyższeń ale za to mam piękny, długi zjazd do miasta szosą, którą pod górę mozolą się kolarze z jakiegoś lokalnego wyścigu. 600 m deniwelacji, 600 pozdrowień od jadących z przeciwka :). Trento ma bardzo ładną starówkę, żałuję że nie miałem czasu na większe zwiedzanie. Mogłem wybrać wariant bardziej turystyczny ale wtedy przejechałbym może połowę trasy; ja postawiłem na jazdę, z której czerpię większą przyjemność niż z chodzenia po muzeach. Wyjazd z miasta okazał się dosyć czasochłonny, palące słońce męczyło dodatkowo i trochę trwało zanim wjechałem do doliny Val di Fiemme. Za to teraz zrobiło się prawie płasko, asfaltowy dywanik ładnie wije się wzdłuż rzeki z widokiem na grupę Catinaccio i Sella, jest sporo drzew dających ochłodę i od razu pojawiło się więcej rowerzystów ;). Całe popołudnie grzmiało i zaczynało się chmurzyć ale uznałem, że zdążę dojechać na camping. Nie zdążyłem :(. 2 km przed celem dopadła mnie nawałnica i na miejsce dotarłem ociekając wodą. 125 km i 2068 m musiało wystarczyć na pocieszeniP8260215e. P8260223P8260236

I lecznicza dolewka do herbaty :).

Niedziela. Tego dnia od początku się obawiałem, nie wiedziałem jak sobie poradzę na długich podjazdach. Okazało się całkiem znośnie. Poza rykiem motorów nie było stresujących wrażeń za to było mnóstwo pięknych panoram. Pierwszy podjazd się ciągnie ale po 2 godzinach od Canazei (jedno z ładniejszych miasteczek, moim zdaniem, podobnie jak Predazzo)  melduję się na Passo Pordoi (2239 m) pod Sella Towers i najwyższym tu Piz Boe , gdzie jest rojno, jak na rynku w Krakowie – autobusy, samochody, motory i oczywiście rowery – głownie szosowe. Nic dziwneg20170827154o – bezchmurne niebo i oszałamiające widoki na pobliskie szczyty przyciągnęły rzesze ludzi. Nie odmawiam sobie zupy gulaszowej i kufelka, takie miejsce wręcz trzeba jakoś uczcić. Po sesji zdjęciowej czeka mnie długi zjazd do Arabby, chyba najładniejszy na całej trasie. W Arabbie nabieram, jak w wielu innych miejscach, wodę z publicznego kraniku  a ta okazuje się chlorowana. Fuj!. Przy pierwszej okazji wylewam ją i napełniam bidon czystą; jedyny raz trafiła się niesmaczna woda.. Teraz czeka mnie podjazd na Passo Falzarega (2105 m) a potem trochę rozczarowująca Cortina d`Ampezzo i kolejna przełęcz – Passo Tre Croci (1809 m). Z drogi widać Marmoladę z lodowcem – najwyższy szczyt Dolomitów. Po dojeździe na camping do Misuriny mam dość – 87 km i 2243 m. P8270265 P8270284

Poniedziałek zaczynam od podjazdu na lekko do Rifugio Auronzo umiejscowionego na wysokości 2333 m. pod poszarpanym Monte Paterno. Dobrze, że mogłem cały ekwipunek zostawić na campingu bo nachylenie szosy na długich odcinkach nie spada poniżej 12% a czasem przekracza 15. Za schroniskiem niestety jest zakaz ruchu rowerów a chciałem jeszcze podjechać pod trzy wieże – Tre Cime di Lavaredo – symbol Dolomitów.  Pocieszam się kawą i pączkiem i zjeżdżam z powrotem. Ostatni odcinek wyznaczyłem przez Prato Piazza – przełęcz o wysokości 2000 m, na którą prowadzi droga szutrowa, więc nie ma samochodów i motocykli. Ciągłe towarzystwo spalin i hałasu (odczuwalne nawet na większości ścieżek rowerowych) po pewnym czasie staje się męczące i taka odmiana jest istnym błogosławieństwem. Tu pojawia się więcej rowerów elektrycznych – oczywiście mtb, które z łatwością mnie wyprzedzają. Ale nie jestem zawistny i nie przeszkadza mi to. Za przełęczą czeka kilkudziesięciokilometrowy zjazd aż do podjazdu na przełęcz Brenner. Tam dojeżdżam następnego dnia po noclegu w Sterzing, ścieżka rowerowa wije się pomiędzy autostradą, starą drogą i torami kolejowymi. Z Brennera długi, przyjemny zjazd pustą szosą do Innsbrucku. O ile po włoskiej stronie spotykałem więcej „górali” na mtb, którzy podjechali na przełęcz pociągiem, to po austriackiej królują kolarze podjeżdżający o własnych siłach. Innsbruck okazuje się bardzo ładnym miastem, widać, że stolica Tyrolu potrafi o siebie zadbać. Rowerówką wzdłuż rzeki Inn podążają dziesiątki turystów, to się kończy gdy kieruję się w bardziej wymagający teren. P8280349 P8280375 - Kopia

Mój dzień na ogół wygląda tak: pobudka o godz. 6 – 7, śniadanie z musli i kefiru, do tego pieczywo chrupkie, które wożę z sobą, przebieranie, pakowanie i „już” po 2 godzinach jestem gotowy do wyruszenia. Po drodze kawa i ciacho albo świeże bułki z Jogobellą kupione w sklepie, później jakiś lekki obiad, jeszcze przerwa na lody albo browarek (albo jedno i drugie) i ok. 19-tej camping, zupka chińska albo coś konkretnego w restauracji, jeżeli akurat jest na miejscu. Cały bagaż razem z sakwami waży 15 – 16 kg.  Dzisiaj jest podobnie – po noclegu na campingu w Nassereith pakuję się i ruszam w drogę, jednak szybko uciekam z ruchliwej szosy na szutrową ścieżkę rowerową i co jakiś czas muszę rower pchać. Spore nachylenie (czasem przekraczające 15%) i luźne kamyki uniemożliwiają jazdę, za to czuję się jak w Karkonoszach – kosówka i ściany kotłów tworzą wysokogórski charakter miejsca. I jeszcze przejście przez dziedziniec jakiegoś zamku :). Potem przejeżdżam niedaleko Zugspitze – najwyższego szczytu Niemiec, który z tej strony wygląda jak wyrzeźbiony łyżką. Fussen, kolejne bardzo ładne miasto, jest już w Niemczech. Specjalnie jechałem tam, żeby zobaczyć Neuschwanstein – zamek Ludwika II i o mało co nie przegapiłbym drogi do niego. Po dojeździe tam objeżdżam pół jeziorka Alpsee (potem droga się kończy i muszę wracać), wskakuję do wody, żeby się schłodzić, podchodzę kilometr na dziedziniec zamkowy i mogę jechać dalej. Zamek częściowo w rusztowaniach, sporo turystów ale i tak warto było tu dotrzeć. P8300465 P8300502

Przez 7 dni była piękna pogoda, gdy wyjechałem z gór zaczęła się psuć. Rano niebo jest już zachmurzone, w południe zaczyna padać i w deszczu dojeżdżam do Monachium. Zmarznięty i trochę przemoczony znajduję camping i dopiero wejście do śpiwora poprawia mi humor. Rano dalej pada, więc w deszczu zwijam się i próbuję rozgrzać jadąc do miasta. Nie udaje się bo co chwilę muszę się zatrzymywać na światłach albo w celu odnalezienia dalszej drogi. Monachium jako miasto zabytków nie zrobiło na mnie wrażenia (może przez deszcz), za to organizacja ruchu rowerowego tak. Prawie wszędzie są wydzielone pasy dla rowerów, osobne ścieżki czy przejazdy. I to wszystko ma znakomitą nawierzchnię (jak pozostałe ścieżki w Bawarii). Jadąc rowerem przez centrum milionowej metropolii czułem się zupełnie bezpiecznie, nikt nie trąbił, nie wymuszał pierwszeństwa, raczej przepuszczali mnie gdy chciałem gdzieś skręcić. Zniechęcony kiepską pogodą i ze świadomością upływającego czasu postanawiam do Regensburga (Ratyzbony) pojechać pociągiem oszczędzając ponad 100 km. W Ratyzbonie dalej pada ale miasto jest tak ładne, że deszcz nie przeszkadza. Wchodzę do pięknej i słynnej katedry, kręcę się po uliczkach, przejeżdżam nad Dunajem i ruszam w stronę Czech. Z powodu późnego wyjazdu i objazdów na drodze nie dojeżdżam do campingu tylko rozkładam namiot gdzieś przy drodze za kępą krzaków. Jestem dość dobrze schowany ale rano na wszelki wypadek szybko się zwijam. Po opuszczeniu Alp krajobraz zmienił się na pagórkowaty i nawet mi to odpowiada – sielska odmiana po skalistym świecie gór. W Czechach jadę przeważnie ścieżką rowerową Monachium – Praga, która czasami przechodzi w nienajlepszą jakościowo drogę, na ogół jedzie się jednak dobrze. Zachwyciły mnie Domażlice, o których wcześniej nawet nie słyszałem i Pilzno, do którego dojeżdżam wczesnym popołudniem. To koniec mojej podróży rowerowej –10 dni, 1047 km i  12774 m przewyższeń. Dalej pojadę pociągiem. ślad cały P9030595

Na koniec tej udanej eskapady zdarzyła się przykra przygoda. P9020573Wjeżdżając na peron w Pilznie nie utrzymałem obciążonego roweru na ruchomych schodach i ten pociągnął mnie za sobą zgodnie z siłą grawitacji. Szczęśliwie nikomu z pasażerów nic się nie stało ale zaklinowane jakoś koło zmieniło zdecydowanie swój kształt i skutecznie się zablokowało. Musiałem rower przenosić na przesiadkach. I tak ostatni planowany akord, czyli powrót z Jesenika do domu na rowerze wziął w łeb. Na szczęście mam życzliwych kolegów – Sławek podrzucił mnie do autobusu przed wyjazdem a Andrzej pomimo nocnej pory odebrał mnie z Jesenika J. Dzięki.

Tu więcej zdjęć Przez Dolomity

Post navigation

4 comments for “Z sakwami przez Dolomity

  1. Grzegorz
    Grzegorz
    7 września 2017 at 20:05

    10 dni, 1047 km i 12774 m przewyższeń – robi wrażenie! Trzeba było zostać dłużej w Alpach to pogada by była lepsza :)

  2. Smr
    Smr
    8 września 2017 at 07:59

    Wspaniale się czyta Twoje relacje. Naprawdę sporo tych wszystkich przewyższeń i kilometrów, ale znam Cię i wiem że możesz jeszcze więcej 🙂 A te widoki przepiękne! Mam nadzieję że zapisałeś ślad, bo zamierzam kiedyś przejechać tę trasę 😉

    • Lechu
      Lechu
      9 września 2017 at 08:11

      Ślad oczywiście mam zapisany. Razem z odcinkami, na których błądziłem :)

  3. Radek
    12 września 2017 at 18:09

    Super!
    Tak mi się spodobało, ze od razu kupiłem rower i sakwy.
    Dzięki za ciągle zarażanie😊

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close