P7240211

Z Lubljany

  Dlaczego akurat z Lubljany? Bo tam można szybko dojechać z Sindbadem i wrócić rowerem przez Alpy. Po długich rozważaniach za i przeciw kupuję bilet i w ten sposób podejmuję decyzję – jadę. Najpierw trzeba spakować rower, to znaczy zdemontować, co się da, wykleić rolkę taśmy do mocowania tego wszystkiego i wpakować do pudła dorzucając namiot, śpiwór i wiele innych bambetli, które się zmieszczą. Potem druga rolka taśmy do oklejenia całości i gotowe. Jedna sakwa w środku, druga, jako bagaż podręczny. Sławek z Basią odwożą mnie do Gliwic (wielkie dzięki) i po krótkiej chwili niepewności i opłaceniu nadbagażu pudło ląduje w przepastnej czeluści bagażnika autokaru. P72100062007201637616072016374

W Lubljanie jestem wcześniej rano, wybebeszam pudło na środku chodnika i po godzinie: hurra!!! Rower złożony, jeździ, bagaż na nim i żadna część nie została. Pudło do śmieci i w drogę. Jest 6 rano i stolica Słowenii jeszcze śpi. Nieliczne samochody nie przeszkadzają, zresztą wszędzie są wymalowane pasy dla rowerów, więc jeżdżę po starówce z przyjemnością. Wjeżdżam na zamek górujący nad miastem i ruszam w góry. Trasę wytyczyłem o wiele wcześniej, więc z nawigacją nie mam problemów, natomiast miłym zaskoczeniem jest znikomy ruch na drogach. Oczywiście wybierałem boczne drogi ale to środek tygodnia i blisko stolicy a tymczasem jest mniej samochodów niż w Krapkowicach. Jadę przez Polhov Gradec, Gorenja Vas, i inne mało znane miejscowości, cały czas asfaltem ale po górach aż dojeżdżam do Mostu na Soći, gdzie jest ładne jezioro i odtąd jadę wzdłuż rzeki, jednak ciągle góra-dół. Za mostem w Kobaridzie wybrałem złą trasę i musiałem zsiadać z siodła, żeby się przepchać przez luźne kamienie.P7210042 P7210047 P7220069 Trochę sił i nerwów to kosztowało i na nocleg zatrzymuję się trochę wcześniej, niż planowałem – na campingu Trnovo ob Soći, który część klubowiczów zapewne pamięta z wyjazdu do Słowenii. Następnego dnia czeka mnie pierwsze wyzwanie – podjazd na przełęcz Vrsic – 1611 m, jednak rzeka Soća i cała dolina tak mi się podoba, że korzystam z byle pretekstu, żeby się zatrzymywać. W końcu około południa w ponad 30 stopniowym skwarze zaczynam właściwą wspinaczkę – 9 km z nachyleniem do 14%. Całe szczęście, że jest dużo spływających strumieni i mogę z nich korzystać do schładzania się. Na górę docieram po 2 godzinach i po sesji foto ruszam ostro w dół.  Niestety serpentyny od strony północnej są wyłożone kostką i boję się na nich szaleć.P7220094 22072016377 A tak liczyłem na piękny zjazd :(. W Kranjskiej Gorze jestem dosyć wcześniej ale nie mam jeszcze ochoty wyjeżdżać ze Słowenii, więc jadę na camping. Rano podjeżdżam do Planicy zobaczyć skocznię – piękny obiekt z 7 skoczniami wyłożonymi igelitem i z tą największą, na której ustanawia się rekordy. Na mniejszych skoczniach trenują skoczkowie – od dzieci do prawdziwych zawodników (chyba to byli Japończycy) a na Letalnicy jest założony zjazd na linie – od najwyższego punktu rozbiegu aż na sam koniec wybiegu. Chętnych nie brakuje i co chwilę słychać pisk przerażenia, czy też ekscytacji (trudno z daleka ocenić :) ).P7230136 P7230145

Na granicy  Austrii (tym razem 16%) pogranicznik tylko macha na mnie ręką (to tyle w temacie ochrony Unii przed zagrożeniem terroryzmem) i w okolicy Villach wjeżdżam na teren ścieżek rowerowych nad Drawą. Jest tu dosyć szeroka dolina i jeździ mnóstwo rowerzystów. W dodatku jest sobota i ładna pogoda, więc nie ma się czemu dziwić. Jakość dróg rowerowych i oznakowanie budzą mój podziw, jestem tym zafascynowany przez kilka dni, potem jednak zacznie mi trochę ciążyć ten porządek i ład, gdzie wszystko jest przystrzyżone, pozamiatane, ogrodzone i oznakowane 😉 Tymczasem jadę w stronę Affritzersee i Millstattersee- nad tym drugim jeziorem byliśmy jeden dzień w czasie wyjazdu do Ramsau. Czym wyżej jestem, tym mniej turystów rowerowych, jednak ścieżki a przynajmniej chodniki rowerowe na ogół są. To naprawdę duża ulga móc zjechać z ruchliwej szosy na asfaltowy chodnik, po którym jedzie się gładko i nie grożą żadne hopki na wjazdach czy wystających korzeniach. Piszę o ścieżkach rowerowych ale właściwie wszystkie są rowerowo-piesze, z tym że piechurów jest bardzo mało i można spokojnie szybko jechać.

Moim następnym celem i największym wyzwaniem jest przejazd drogą Grossglockner Hochalpenstrasse z najwyższym punktem 2504 m. Początkowo jedzie się bardzo przyjemnie – niewielkie nachylenie, ścieżka oddzielona rzeką od szosy, ławeczki i w ogóle sielanka.

Ale asfalt zamienia się w szuter a później w zwyczajną polną – górską ścieżkę i staje dęba, więc pora uciec na właściwą drogę.  P7240195P7240199 Do Helligenblutpomimo dużego nachylenia jedzie się dobrze ale dalej zaczynam słabnąć. Znowu jest południe, upał, zbiera się na burzę a przede mną 15 km podjazdu o nachyleniu 10 – 12%. Na szczęście jest kawałek zjazdu po drodze ale i tak mam dosyć. Rezygnuję z odbicia pod Grossglockner (dodatkowe 300 m podjazdu) i po wielu odpoczynkach wreszcie docieram na Hochtor – najwyższy punkt drogi i mogę zacząć zjazd. P7240211 Widoki są wspaniałe – surowy wysokogórski krajobraz, chociaż zupełnie inny i, moim zdaniem, brzydszy niż w Alpach Julijskich. Niestety zachmurzyło się na dobre i zaczęło padać. Znowu musiałem jechać ostrożnie i już drugi wymarzony zjazd nie wypalił. W deszczu dojeżdżam do Fusch i znajduję szybko nocleg w gasthausie uznając, że dzisiaj zasłużyłem na lepsze warunki, niż mokry namiot J. Następnego dnia jadę w stronę Dachsteinu, gdzie trafiam na oznakowania Dachsteinrunde – trasy mtb dookoła masywu, którą chciałem kiedyś przejechać. Znowu łapie mnie deszcz i z widoków nici; trudno, trzeba jechać P7240220dalej.P7250270 Wieczorem ląduję na campingu w Hallstatt – pięknej miejscowości nad jeziorem o tej samej (prawie) nazwie. Zresztą wszystkie alpejskie jeziora, które widziałem są bardzo malownicze, miejscowości nad nimi też. Ścieżki rowerowe są nieodłączną częścią infrastruktury turystycznej w takich miejscach i cieszą się dużym powodzeniem.

Ostatnią noc w Austrii spędzam z LinP7250274zu na campingu położonym nad Dunajem na trasie Donauerradweg, którą co roku przemierzają setki sakwiarzy. Oglądam rowery i sprzęt innych podróżników – jedni są obładowani jakby jechali na Spitzbergen, inni jadą na lekko mając zaplecze samochodowe, większość jednak ma bagaż o wielkości zbliżonej do mojego – dwie tylne sakwy, torba z przodu i ewentualnie dodatkowy wór na bagażniku.P7260305

Następnego dnia wjeżdżam do Czech od razu widząc różnicę – trawa niewykoszona, przy domach remonty robione przez lokalsów, obornik leży niepopakowany a nawet, o zgrozo, nieprzykryty, ścieżki rowerowe już nie tak równe ale dzięki takim widokom poczułem się prawie, jak w kraju :) . Przed Ceskim Krumlovem na Wełtawie mnóstwo wodniaków. Spływy stają się coraz popularniejsze, we wszystkich krajach widziałem dużo spływających grup – w kajakach, na pontonach, w łodziach. Tutaj wygląda to jak sport narodowy, aż dziw że wszyscy się na tej rzece pomieszczą. Płaska droga wzdłuż rzeki zmienia się w rollcoaster i zdarza się, że muszę wpychać rower bo nie mam siły podjechać a za chwilę wiszę na hamulcach bo z nawierzchni drogi pozostało tylko wspomnienie. Nagrodą jest Cesky Krumlov – wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO – miasteczko, które mnie zachwyciło. Chyba spędziłem tam za dużo czasu bo wieczorem znowu złapała mnie burza – już w Ceskich Budejowicach, gdzie zamierzałem spać.  Zrezygnowałem z szukania campingu i wybrałem nocleg pod dachem – drugi i ostatni w czasie tej podróży. Poza tym spałem zawsze w namiocie, przy czym 2 razy „na dziko” rozkładając namiot w jakimś upatrzonym miejscu.

Za Ceskimi Budejovicami zaczął się najmniej ciekawy etap – tereny są tam bardzo malownicze, jednak po Alpach nie powalają. W dodatku droga prowadziła na ogół w poprzek grzbietów i mimo niewielkich wysokości względnych jazda stała się męcząca. Obejrzałem ładny Jindrichov Hradec, przeciętną Jihlavę i trasy biathlonowe i mtb w Nowym Mieście na Morawie, gdzie odbywają się zawody pucharu świata i mistrzostwa w obu tych dyscyplinach. Niestety, nie miałem jak zajrzeć na single bo nie zabrałem właściwego sprzętu :) . No i trzeba było jechać dalej.  P7300453P7290407Ostatni nocleg wypadł mi w Mohelnicy, dokąd dojechałem główną drogą w towarzystwie tirów i mnóstwa mniejszych pojazdów :( . Miłą niespodzianką w ostatnim dniu był zjazd do Hanusowic – chyba najlepszy ze wszystkich; potem pozostał już tylko podjazd na Ramzową a za nią następny przyjemny odcinek w dół. Dojazd do Krapkowic był już formalnością, chociaż końcówka trasy trochę się dłużyła.

Jechałem przez 10 dni pokonując 1258 km i 12780 m, nie miałem żadnej awarii ani nie złapałem kapcia, ominęły mnie kontuzje i choroby, były 4 dni z deszczem ale ciepłe, słońce też się w tych dniach pojawiało. Każdego dnia robiłem sporo przerw – na kawę, na lody, na zakupy, na obiad, na focenie, na oglądanie i na co jeszcze przyszła ochota. Pomimo wielu godzin spędzonych na rowerze nie czułem przesytu i o kolejnym dniu myślałem z radością. Mogę śmiało powiedzieć, że miałem udany wyjazd. Mapa Tu więcej zdjęć

Lechu

7 comments for “Z Lubljany

  1. Ewa
    3 sierpnia 2016 at 14:27

    Można? Można! A my się wozimy autami jak wozami technicznymi :)
    To co zobaczyłeś, czego doświadczyłeś i z czego satysfakcję garściami czerpałeś to z pewnością bagaż n-silnia razy większy (choć lżejszy :) ) od tego w sakwach :)
    Podziwiam… :)

  2. Radek
    3 sierpnia 2016 at 16:31

    Piękna trasa! Zazdroszczę i gratuluję!

  3. Arczi
    Arczi
    3 sierpnia 2016 at 22:24

    Wielki Mały Człowiek !

  4. Magda
    4 sierpnia 2016 at 20:43

    Gratuluję! Z pewnością było cudnie!

    • Lechu
      Lechu
      5 sierpnia 2016 at 07:06

      Było. Jeszcze mam przed oczami te krajobrazy.

  5. Adam
    12 sierpnia 2016 at 09:24

    Super. Jestem pełen podziwu za Twoje chęci, odwagę i poświęcenie. A podziwianie takich krajobrazów jest bezcenne.

  6. Michał H.
    30 września 2016 at 11:43

    BRAWO BRAWO !!!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close