Weekend w Alpach

 

W okolicy Ramsau i Schladming jest niesamowita ilość dróg nadających się do jeżdżenia. Trochę asfaltowych, więcej szutrowych a oprócz tego zwyczajne ścieżki i dróżki leśne. Wyznaczono około 20 szlaków rowerowych wzajemnie się przecinających ale ilość możliwych wariantów wydaje się nieograniczona. Sytuację komplikują trochę „drogowskazy” wskazujące pobliskie pensjonaty i restauracje ale dzięki mapie i życzliwości napotkanych ludzi łatwo znaleźć właściwy kierunek. Wydaje się, że nie ma w ogóle rowerzystów ale na szlakach trochę ich spotykamy. Po prostu giną w rozległym terenie i nie rzucają się w oczy. Wjeżdżamy szutrową drogą na Rittisberg (1565 m n.p.m.- 360 m wyżej niż punkt startu), skąd roztacza się wspaniała panorama i próbujemy rozeznać się w terenie.

Kilka fotek i możemy wracać. W połowie zjazdu rozdzielamy się – ja z Jurkiem wracamy tą samą drogą a Arczi z Darkiem testują wytrzymałość swojego sprzętu na bardziej wymagających ścieżkach. Trochę ich zniosło i musieli nadłożyć drogi ale spotykamy się wszyscy z „bananami” na twarzach i zachwytem w oczach.


Drugiego dnia ruszamy w prawdziwe góry. Najpierw pełny widoków szybki zjazd do wioski Pichl (tu prędkość dochodziła do 70 – 80 km) a potem dalej na południe w głąb Schladminger Tauern, czyli po naszemu Taurów Szladmińskich. Z wysokości poniżej 800 m czeka nas podjazd prawie na 2000. Na asfaltowej drodze prowadzącej w dolinę panuje wyjątkowo duży ruch – przez pół godziny minęło nas chyba z 10 samochodów
Smile ale to głównie betoniarki, gdyż wyżej jest wznoszony kolejny obiekt gastronomiczno-turystyczny. Po minięciu budowy rozkoszujemy się ciszą i rześkim alpejskim powietrzem, czasami tylko pojawia się samochód z turystami albo autobus. Asfalt się kończy, kończą się też żarty a zaczyna ciężka praca. Nachylenie sięga 20%, serpentyny są piękne ale wyciskają siódme poty. Wreszcie dojeżdżamy do parkingu, gdzie wycieczka emerytów podziwia krajobraz i tych twardzieli co dojechali na rowerach Smile. Po wzmocnieniu się słodyczami ruszamy na górski szlak. Tu już ambicja zaczyna przegrywać z terenem i czasami trzeba posuwać z buta, ale jesteśmy coraz wyżej i wreszcie jest nasz cel – jezioro Giglachsee i schronisko na wysokości 1986 m.

Ależ dobre piwo mają Austriacy w tych schroniskach, mniammm. Stąd przenosimy się do drugiej doliny, żeby nie wracać tą samą trasą. Na mapie jest zaznaczony szlak pieszy a nie rowerowy i tak jest faktycznie.

Jedziemy i idziemy na zmianę kamienistym singletrackiem to trawersując strome zbocze, to po gradiencie w dół, czasem na a czasem pod Wink rowerem. Kilka strumieni przechodzimy po kładkach albo przejeżdżając w bród, na kamorach czasem rower staje dęba, Jurek zalicza efektowne lądowanie przez kierownicę ale ogólnie jesteśmy strasznie nakręceni trasą. Potem zjazd kamienistą drogą o nachyleniu powodującym wytrzeszcz oczu i dalej już w miarę normalnie, chociaż trudno było puścić manetki hamulców bo często zakręty były niespodziewanie ostre a zbocze obok gwałtownie uciekało w dół. Końcówka zjazdu do Schladming to trasa rowerowa wzdłuż pędzącego potoku a raczej górskiej rzeki z wodospadami i tarasem widokowym. Jeszcze czekał nas podjazd do Ramsau. Ledwo ruszyliśmy szosą z zamiarem odbicia po paru kilometrach na polną drogę, gdy zatrzymał się obok motocyklista i zaproponował inną trasę, od razu w terenie. Podprowadził nas kawałek i jeszcze poczekał, aż wjedziemy na właściwą ścieżkę. To była dobra rada. Wprawdzie kilka razy szukaliśmy po drodze właściwego kierunku ale to były krótki chwile niepewności, natomiast trasa w cieniu lasu była dla nas dobrodziejstwem, bo słońce i zmęczenie już swoje zrobiły. W tym dniu byliśmy w trasie ponad 10 godzin, wyszło 65 km i 1800 m przewyższeń.


Mieć nad głową wysoki szczyt i na niego nie wejść, to byłoby zbyt bolesne dla duszy alpinisty. Toteż w sobotę się rozdzielamy i z Jurkiem idę na wspinaczkę. Na Dachstein prowadzi od południa sporo poważnych dróg wspinaczkowych ale my nie kozakujemy i wybieramy normalną via ferratę, czyli szlak ubezpieczony liną, z założonymi sztucznymi ułatwieniami w postaci metalowych klamer i stopni. Normalną, ładne sobie. Droga nosi nazwę Johann Klettersteig i prowadzi pionową ścianą około 500 metrów. Zaczyna się przewieszką a dalej jest już tylko trudniej
Frown.


No nie, aż tak źle nie jest ale w pierwszej chwili poważnie się zastanawiałem, czy nie zrezygnować. Dobrze, że wzięliśmy uprzęże i lonże do asekuracji, bo tak eksponowane drogi pokonywałem dotąd tylko wspinając się z pełną asekuracją a nie na „szlaku turystycznym”. Orla Perć w Tatrach, to przy niej ścieżka dla przedszkolaków. Przed nami widać dwa zespoły, okazuje się, że Czesi. Jedną grupkę wyprzedziliśmy w ścianie, drugą doszliśmy przy piwie w schronisku. Oni już wyżej nie szli, tylko schodzili do kolejki linowej, żeby zjechać na dół, my jeszcze mieliśmy w planie szczyt.  


Masyw Dachsteinu od południa ogranicza rząd skalistych szczytów o wysokości ok. 2600 – 2800 m a środek „kotła” wypełnia lodowiec opadający na północ. Schronisko Dachsteinwartehutte stoi na przełęczy i, żeby się dostać na szczyt, trzeba podejść do ściany lodowcem a potem znowu via ferratą wspiąć się 100 metrów na wierzchołek Dachsteinu – 2995 m (na mapie jest nawet zaznaczona wysokość 3004 m). Na lodowcu sezon narciarski trwa na całego, działają wyciągi, pracują ratraki i tak jest do 17-tej, gdy odjeżdża ostatni wagonik. Potem „w górach nie ma już nikogo”, jak w turystycznej piosence. Spóźniliśmy się pół godziny i musieliśmy schodzić, co nam wcale nie przeszkadzało, bo droga zejściowa też prowadziła ferratą chociaż już zdecydowanie łatwiejszą, więc satysfakcja była pełna, tym bardziej że weszliśmy na wierzchołek nie korzystając z żadnego transportu. I znowu zeszło ponad 11 godzin.


Po tak pełnych wrażeń dniach spędzonych w górach niedzielę już odpuściliśmy i przeznaczyliśmy na spokojny powrót do domu.

Pozdrawiam Roweromaniaków, Leszek

 

 

Od Artura Laughing

Z racji, iż Leszek z Jurkiem trzeciego dnia „ferratowali” Smile  ja z Darkiem nienasyceni dniem poprzednim postanowiliśmy już całkiem zachłysnąć się urokami Alp !
Mimo wielu obtarć z dnia poprzedniego, z uśmiechem na twarzy wskoczyliśmy ponownie na siodełka.


Z tarasu pensjonatu ustaliliśmy kierunek trasy… no i w drogę !


Początek zaczynał się stromymi asfaltowymi agrafkami, które przy słonecznej pogodzie dały się we znaki. Czym prędzej staraliśmy się wjechać do lasu… Nie było to łatwe, ponieważ niejednokrotnie utrudniały nam to tamtejsze byki !
Surprised Ze szczytu niewielkiej góry zauważyliśmy sąsiednią górę z widocznymi trasami. Postanowiliśmy jechać właśnie tam ! Opłaciło się ! Traska była długa i przepiękna… Przeplatana szybkimi zjazdami, technicznymi podjazdami, przeprawami przez zimne potoki.


Spotkani ludzie byli bardzo życzliwi tłumacząc, którędy droga… M.in. trafiliśmy na starszego bike-ra, który pokonywał 3-dniową Dachstein Runde. Był to dystans 176 km z prawie 8 tys. przewyższeń ! Jednak miał czas, by zrobić nam fotkę z Darkowego aparatu
Laughing Obładowany sakwami zniknął nam szybko z oczu..

Był czas także na odpoczynek… Zajadając kanapki i popijając napój dobrze znany nie tylko tychowianom Wink zachwycaliśmy się naturą. Trochę zdjęć i ruszyliśmy w dalszą drogę…


Czas w jakim pokonaliśmy trasę to prawie 5 godzin ! Kilometrów jedyne 30 z 1020 m przewyższeń. Jednak grzechem byłoby nie zatrzymać się i nie uwiecznić tych uroków !
Kolejny dzień można było zaliczyć do udanych ! Jakże dobrze się spało po każdym intensywnym dniu w cudownych Alpach….


Wycieczka bardzo udana ! Dziękuję za wspólnie mile spędzony czas  !

Arczi

 

Ślad – 25.06.2010

 

Ślad – 26.06.2010

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close