Walka o sektor ;)

Razem z Piotrkiem (Gebauer) i Tomkiem (Szulczewski) czekamy na start w 2 sektorze. Wreszcie start, czekanie na linii startu jest mało ciekawe. Piotrek tradycyjnie wystrzelił jak z armaty, staram się utrzymać na kole. Po kilku kilometrach już wiem, że jechać z Piotrkiem będzie ciężko. Po drodze trochę jeszcze narzekamy na jadących przed nami i tarasującymi trasę. Na którymś zakręcie już tylko widzę koszulkę kolegi. Z jednej strony to dobrze, bo będę jechał swoim tempem, ale z drugiej widać jak wiele mam do zrobienia.

Naparzam  teraz sam, staram się wyprzedzać ile się da. Po kilku minutach dojeżdża do mnie Tomek, gna jakby go sam diabeł gonił. Lekko rzuca „klej Krzychu”. Tak też robię, ale wiem, że lekko nie będzie. Walczymy teraz we dwójkę, choć tak naprawdę to Tomek jest „lokomotywą”. Ja ledwo łapiąc powietrze do płuc jadę na kole. Wyprzedzamy i wyprzedzamy, pokonujemy zakręt za zakrętem i tniemy pobocze, aby tylko jeszcze jednego wziąć. Nagle dopada mnie pech, łańcuch spadł mi za blat i się w niego wkręcił. Siadam z roweru naprawiam szybko jak się da. Udało się, wsiadam na koń, ale po Tomku już ani śladu.


Znowu walczę sam. Nie poddaję się, sił starcza aby dogonić tych, którzy mnie wyprzedzili. Na wzmocnienie wciągam wielką porcję żelu. Po dodatkowym kopie jedzie się jeszcze lepiej. Mam małą nadzieję, że dogonię kolegę, ale znając Jego tempo to tylko złuda. Jadę swoim dość szybkim tempem, gdy nagle tylne koło zaczyna tańczyć. Spoglądam i widzę kapcia. Tylko tego mi teraz brakowało… Pytam przejeżdżających, który to kilometr odpowiadają, że około 25. Trochę wkurzony schodzę z roweru i biorę się do założeni nowej dętki.


Ogarnia mnie dziwne uczucie, gdy tak dużo osób koło mnie przejeżdża. Myślę sobie no to koniec ścigania. Uczucie to potęgują wyprzedzający koledzy. Pierwszy Arczi  pyta „co się stało” odpowiadam „kapeć”, chce pomóc, ale mówię żeby jechał bo powoli kończę. Taka historia powtarza się jeszcze kilka razy. Przyjaciół ma się wielu. Wsiadam na rower, na początku nieśpiesznie obracam korbami. Po kilku chwilach dochodzę do wniosku, że może nie wszystko stracone. Wrocław jest dość płaskim maratonem, więc teoretycznie dość łatwo powinno się odzyskać stracony czas.


Biorę się do roboty, na korby naciskam na 110 %. Koło mnie śmignęła szybko jadąca grupka, doklejam i w naprawdę szybkim tempie połykamy kilometry. Taktyka podziałała, udaje się wyprzedzić Sławka, potem przychodzi kolej na Marcina, którego wyprzedzam na zjeździe w lesie. Zarzucam kolejnego żela, szaleńcza jazda przynosi owoce, ale szybko wysysa ze mnie siły. Na horyzoncie widzę Artura, który walczy z niedziałającymi przerzutkami, krótka pogawędka i gnam dalej. Pędząc widzę znajomą koszulkę, która się przybliża, ale dość wolno. Za punkt honoru stawiam sobie wyprzedzenie Arka (Kotłowski), który tanio skóry nie sprzeda.


Wiedząc jaki z niego harpagan, daję z siebie wszystko. Udaje się, wyprzedzam, gdy nagle słyszę głośny wystrzał. Okazało się, że rozerwało dętkę dziewczynie, która jechała razem z Arkiem. Wpadam na metę,  skończyło się uffff… Te ostanie kilometry dały mi popalić. Wcinam banany i pomarańcze, uzupełniając kalorie. Dołącza do mnie Arek który zaraz za mną wpadł na metę. Składamy sobie gratulację i wymieniamy parę zdań o trasie.

W sumie zadowolony jestem, pokonałem maraton w dość dobrym czasie, pomimo przygód, które mnie spotkały. A główny cel osiągnięty… start z dobrego sektora w Zdzieszowicach zapewniony.

Pozdrower, Krzychu


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close