i11

VIVA la RIVA

 

 

Niepokoił tylko jeden drobiazg – to było jezioro Lago di Ledro położone, bagatela, 600 m wyżej niż Garda. I, jak się okazało, słusznie niepokoił. Każdy rowerowy dzień kończył się tym 600 metrowym (i 10-cio kilometrowym) podjazdem Frown.

Po przestudiowaniu mapy i przewodnika zapadła decyzja spędzenia pierwszego dnia lajtowo, krótką przejażdżką dla aklimatyzacji. Poprowadziłem grupkę zgodnie z zaznaczonym na mapie szlakiem rowerowym i oczywiście pobłądziliśmy Laughing. Trzeba było więc wykombinować inny wariant, więc zaczęliśmy podjazd do trasy przewidzianej na zakończenie pobytu – do schroniska Bocca di Trat.

 

Nikt nie chciał wracać tą samą drogą i w ten sposób trafiliśmy na zjazd o wdzięcznej nazwie „Adrenalina”. Poziom trudności na samym początku zapowiadał znak ostrzegawczy: spadek 20%. Po luźnych kamieniach! Potem pojawiły się telewizory, lodówki i trochę mniejsze kamienne sprzęty utrudniające znoszenie roweru (niektórzy zjeżdżali, chociaż też nie

Surprised can of tube. Long pay day Beauty have Formula louis vuitton backpack me used products payday loans online color feeling Andis with tend louis vuitton handbags outlasts won’t uber-moisturizer: skin looks!

wszystko).

 

Na szczęście były też odcinki łatwiejsze, gdzie dało się jechać, czasami dość szybko. 1400 m deniwelacji dało się we znaki, ale wszyscy zjechaliśmy cało i zdrowo do Rivy. Na szlakach w górach było sporo rowerzystów, natomiast w Rivie nad jeziorem całe mrowie. Jeździ się ulicami, chodnikami, ścieżkami rowerowymi, jak komu pasuje. Samochody grzecznie przepuszczają jednoślady i pieszych, poza tym gwar, hałas, sklepy, restauracje, psy, dzieci a na wodzie windsurferzy, statki, żaglówki, kaczki, łabędzie… Po szybkiej pizzy wsiadamy na rowery i wiejemy stamtąd, zwłaszcza, że wkoło słychać głównie język niemiecki. Teraz zaczął się najpiękniejszy odcinek trasy – dojazd do doliny Via Ponale. Ponad 3 kilometrowa szutrowa droga trawersująca skalną ścianę wspina się łagodnie to okrążając skały, to wrzynając się w nie tunelami. A pod nogami wody jeziora. Chciałoby się co zakręt zatrzymywać i sycić oczy. Jednak ruch na trasie jest spory, bo grupy rowerzystów gnają w jedną i drugą stronę, więc trzeba uważać. Końcowe odcinki podjazdu nad „nasze” jezioro wyciskają ostatki sił, bo stromizna jest słuszna – prawie 20%. Razem wyszło 50 km i 1564 m przewyższeń.

 

Drugiego dnia padało, zresztą zgodnie z prognozą, więc pojechaliśmy samochodem zwiedzać Weronę. Po południu zaczęło się przejaśniać i wieczorem zrobiło się pięknie. Deszcz oczyścił powietrze i od rana była doskonała widoczność, co pomogło szybko zebrać się do drogi. Teraz naszym celem były okolice szczytu Monte Tremalzo górującego od południa nad Lago di Ledro. Długi ale dość przyjemny asfaltowy podjazd kończył się przy schronisku. Stamtąd jeszcze kawałek w górę i zaczął się zjazd z 1702 m słynną Passo del Tremalzo – drogą szutrową o chyba 100 zakrętach, wybudowaną w czasie I wojny. Widoki oszałamiające, chociaż jeziora stamtąd nie widać. Zjazd wywołuje niekończący się uśmiech.

 

Potem przerzucamy się na singletrack poprowadzony po korzeniach i kamieniach, w dodatku trawersujący strome zbocze, na koniec trochę asfaltu i znowu dojazd do Via Ponale – odcinek, którego poprzedniego dnia nie zrobiliśmy. Po 1500 m zjazdu na koniec pozostało „tylko” wdrapać się do góry. Tym razem na 65 km zrobiliśmy ponad 2000 podjazdów.

 

Następna trasa krzyżowała się z poprzednią na Paso di Bestana. Stąd dla urozmaicenia zjazd prowadził szutrówką z małymi hopkamii i kamerdolcami, gdzie nie można sobie było pozwolić na dekoncentrację, ale gdzie jechało się szybko i radośnie. Po zjeździe do Limone zaokrętowaliśmy się i razem z rowerami teleportowaliśmy do Torbole. To był jedyny płaski odcinek, jaki się trafił Laughing. Po obiedzie z widokiem na jezioro nastąpił powrót dobrze już znaną drogą, która nawet zrobiła się jakby mniej stroma (tym razem tylko 1300 m).

 

Nasze Panie stwierdziły, że nie miały dotąd czasu na opalanie i dostaliśmy wolne. Chociaż niekoniecznie, bo z zaleceniem zrobienia sobie Dnia Konia. No to zrobiliśmy. Najpierw szybki zjazd do Rivy a potem „tylko” 17 km asfaltem o nachyleniu 11–12%. Uff, ale się dłużyło. Po osiągnięciu szczytowej polanki pod Monte Varagna zaczął się silngielek przez łąki i hale. Picie i jedzenie jakoś szybko znikało a schronisko nie chciało się pojawić. Dodatkową atrakcją była wycieczka niemieckich emerytów, których trzeba było wyprzedzić pchając rowery pod górę wąską ścieżynką trawersującą strome zbocze Smile. Widok Rifugio Graziani powitaliśmy z prawdziwą ulgą.

 

Stąd zaczął się najpierw niewinny a potem coraz trudniejszy zjazd. W końcu nawet Krzychu, który raczej nie odpuszczał, zaczął sprowadzać rower. Stromizna oraz śliskie i obłe kamienie wymagały dużej uwagi, żeby nie skręcić nogi. Za chwilę dało się jechać aby po 50 metrach znowu schodzić. I tak na zmianę kilkanaście razy. W tym dniu gps wskazał 86 km i ponad 2500 m przewyższeń. Nawet koń by miał dosyć.

 

W piątek trochę padało, więc nikt już nie rwał się w góry. Trzeba było zrobić na zakończenie „tour de bar di Ledro” i w ten zacny sposób pożegnać się z jeziorem. Ten tydzień pozostanie na długo we wspomnieniach. Piękne góry, ekscytujące trasy, dobra pogoda i wspaniałe towarzystwo sprawiły, że żal było wyjeżdżać. Wprawdzie nie wjechaliśmy na 2000 m (najwyższy punkt to 1841 m) ale czuło się, że to Alpy. Już zaczęły się rodzić plany przyjazdu za rok. Jest tyle tras do objeżdżenia, że wystarczy jeszcze na co najmniej dwa takie tygodnie.

 

Ciao i arrivederci
Lechu

 

Ślady zeskanowane z GPS-a Sławka:

DZIEŃ 1

 

DZIEŃ 2

DZIEŃ 3

DZIEŃ 4

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close