Upragniona Romania zdobyta !

 

Plan był taki: wyjazd wieczorem w poniedziałek 26.07.2010, następnego dnia dojazd, jazda przez dwa dni na rowerze, a następnie wyjazd w czwartek na Węgry, a dokładnie na Hungaroring – miejsce, w którym od 25 lat FIA organizuje cyklicznie wyścig Formuły 1. Ta druga atrakcja bardziej interesowała Krissa, jednak na Rumunię też miał smaczka, nawet w roli kierowcy Smile


Schemat, którego się trzymaliśmy nie do końca powiódł się, ponieważ po przejechaniu prawie 1100 km byliśmy na miejscu dopiero późnym wieczorem dnia następnego. Ale ostatni odcinek, czyli sam przejazd Trasą Transfogarską w kierunku południowym był nie lada przeżyciem. Niestety pogoda nas nie rozpieszczała, bo przy ciągle padającym deszczu, piękne widoki zasłaniały chmury Frown

 

Podróż do punktu docelowego trwała, wraz z 2-godzinnym spaniem na Węgrzech, 24 h !

Wyczerpanie dało znać o sobie, ale z sukcesem znaleźliśmy odpowiednie miejsce biwakowe przy rzeczce. Miejscówka wymarzona, lecz nowy namiot jaki posiadaliśmy nie miał pałąków ani szpilek ! Wrrrr… I tu pozdrowienia dla szwagierki, która nam go użyczyła :)

Zatem kolejna noc na siedząco Frown Co więcej miejsce to było owiane jeszcze dreszczykiem emocji, ponieważ kilkaset metrów od nas znajdował się zamek Vlada Tepes-a zwanego Draculą ! Laughing

Kolejnego dnia promienie słoneczne obudziły nasze połamane ciała…ale jest dobrze, przynajmniej świeci słońce ! Rzeczkę obok potraktowaliśmy jako toaletę, szybkie śniadanie i wnet stanęliśmy pod zamkiem Vlada Smile Nawet pokonanie 1480 schodów nie było dla nas wielką przeszkodą ! Zwiedzając ruiny jednak myślami byłem gdzie indziej… Byłem podekscytowany tym co będzie za chwilę… By wskoczyć na rower i pokonać Tranfogarską Trasę na północ !


Przebieranko, smarowanko i jadę…

Startuję z wysokości 650 m.n.p.m. z miejscowości Arges. Początkowe kilometry to delikatny podjazd i przejazdy kilkoma tunelami. Chłonę widoki i piękną pogodę… Krissu wczuł się w rolę paparazziego, za co mu na łamach naszej strony bardzo dziękuję Smile

Mała zadyszka i znajduję się przy ogromnej tamie Barajul Vidraru na jeziorze Vidaru. Jestem na wysokości ponad 900 m. Teraz zaczyna się interwał, czyli objazd jeziora. Droga w coraz gorszym stanie. Dla mnie to nie problem… w końcu mam górala ! Samochody w tych warunkach zostają za mną, co cieszy :) Jednak piękne widoki przysłania rumuńska kultura… Zmotoryzowani jeżdżą szaleńczo oraz pozbywają się przez okna wszystkiego !!! Papiery, folie, butelki czy pełne pampersy przy drodze to standard…


Po objechaniu jeziora i pokonaniu 45 km zaczyna się najlepsze…

Przepiękne góry rozpościerają się nad moją głową… Jakoś nie dowierzam, że ja mam tam podjechać ?! Dla otuchy biorę możliwość zapakowania się w samochód Laughing

Co kilkanaście kilometrów Krissu czeka na mnie z prowiantem… Uzupełniam płyny, bo szybko kończą się w tej temperaturze.

Jadę dalej… Zaczynają się serpentyny, jak i również ból w łydkach Frown Mój odwieczny wróg rowerowy. Na skurcze nie pomaga już magnez, który wchłaniam w mega ilościach. Na ratunek przychodzi kolega, który wcielił się w rolę masażysty. Chwilowa ulga…


Od tego momentu zaczęły się schody.

Wspiąłem się na ok 1500 m.n.p.m i przywitały mnie chmury z deszczem oraz z coraz niższą temperaturą. Zatem plecak zaczął tracić zawartość. Ani przez chwilę nie przyszło mi na myśl by skapitulować ! Zostało jedyne pół kilometra w pionie Smile

Widoczki zrobiły się tak cudowne, że zapominałem o wszelkich niedogodnościach. W całej sytuacji uskrzydlali mnie zmotoryzowani turyści, którzy dopingowali na trasie. Jakże miłe to uczucie…

Tego dnia byłem chyba jedynym rowerowym śmiałkiem Laughing

Ostatnie kilometry podjazdu były istną gehenną… Temperatura spadła do 6 stopni, a nachylenie momentami sięgało 20%. Zza każdego zakrętu z utęsknieniem czekałem na przejazd kilometrowym tunelem. W końcu jest ! Wjeżdżam uradowany lecz… kolejny problem ! Prowizoryczna przednia lampka jest niewystarczająca… Nadjeżdżające samochody tak oślepiały, że traciłem kontrolę nad śladem jazdy. Szczęśliwie uniknąłem upadku. Podczas gdy wyprzedzały mnie samochody, stałem przyklejony do obskurnej ściany. Hałas przeraźliwy ! W momencie samotności biegłem do jasnego punktu omijając przypadkowo ale szczęśliwie otwarte studzienki… To był horror ! Surprised

 

 

Wreszcie jestem po drugiej stronie szczytu góry ! Na liczniku wskazuje mi 2056 m.n.p.m. Zamarznięty pozowałem tylko do jednego zdjęcia i jak najszybciej w dół. Myślałem, że dużo szybciej przejadę ten 30 km odcinek. Ale po serpentynach przy przepaściach nie dało się jechać bez hamowania Undecided

Na dole było już i aż 13ºC. Nawet kąpiel w 8ºC rzeczce nie przerażała Wink

Teraz tylko pozostała polowa obiadokolacja i dalej w drogę… Teraz jedziemy na Hungaroring…

Dalszą część opowieści przeczytacie na www.kibicrobertakubicy.pl Wink


Pozdrower, Arczi


Statystyki:


dystans – 92 km

czas – 4:50 min

śr. pr. – 19 km/h

max pr. – 63,7 km/h

min. wys. – 650 m.n.p.m.

max wys. – 2056 m.n.p.m.

Suma przewyższeń – 1927 m.

temp. Max. – 27

temp. Min. – 6

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close