Szlakiem Orlich Gniazd

 

W dzień wyjazdu zebraliśmy się o godzinie siódmej pod domem Basi i Sławka. Szybkie pakowanie sprzętu, pyszna kawa podana przez Basię i wyjazd do Krakowa. Tam raz dwa pozbieraliśmy się i ruszyliśmy w drogę. Byłem bardzo ucieszony wyjazdem, bo od dawna chciałem przejechać Jurę Krakowsko-Częstochowską.


Pierwsze kilometry mijały szybko i przyjemnie, lecz na szesnastym kilometrze przyjemności się skończyły. Wystrzeliła mi opona. Myślałem że Schwalbe furious fred to najlepsza opona na świecie, lecz się myliłem. Dziura wielkości środkowego palca skutecznie uniemożliwiła dalszą jazdę i zatrzymała nas na jakieś dwie godziny w miejscowości Brzoskwinia.

Ku naszej uciesze był tam otwarty sklep, więc mogliśmy cały czas uzupełniać odpowiednie płyny. Za sklepem znajdował się warsztat wulkanizacyjny, co wydawałoby się zbawieniem z zaistniałej sytuacji. Jednak nieszczęścia chodzą parami, ponieważ właściciel warsztatu jak się okazało miał też najlepszy traktor we wsi i nie wiedzieć czemu akurat w święto pracy musiał orać okoliczne pola. Na szczęście na wysokości zadania stanął młody chłopak, który objeżdżając całą wioskę znalazł w końcu oponę używaną, którą szybko założyłem. Ruszyliśmy dalej.

 

Po kilkunastu kilometrach, w umówionym miejscu, spotkaliśmy się z Irkiem, którego wtedy poznałem. Przyznam szczerze, że Irek (nieco starszy ode mnie) bardzo mi zaimponował jadąc na „pancernym” rowerze z dziewiętnasto-calowymi tarczami, sakwami na bagażniku i bukłaku na plecach – swoją drogą ciekawe jakie izotoniki miał w tym bukłaku.


Wszyscy jechaliśmy w takim samym tempie, a wierzcie mi, że było ono nieraz bardzo wyścigowe. Jadąc dalej zaczęliśmy zwiedzać Orle Gniazda-czyli ruiny średniowiecznych zamków. Na trasie prowadziły nas trzy GPS-y (jeden ponoć miał wgraną średniowieczną mapę z przed sześciuset lat! – to ten od Sławka M, tego w kasku Catlike’a), czwarty zapisywał ślad na endomondo, a kiedy robiło się gorąco i już nie wiedzieliśmy gdzie jechać Rafał odpalał swoje ovi mapy i ratował nas z opresji Laughing


Na trasie większą atrakcją niż te wszystkie zamki i niespotykanym zjawiskiem okazał się troll jurajski. Nie pytajcie mnie o tą nietuzinkową postać, bo wciąż jestem w szoku i nie jestem w stanie wyjaśnić skąd się biorą tak zjawiskowe postacie. Lecz nie był on niebezpieczny, nie bójcie się Jury Wink

 

Pierwszy nocleg mieliśmy w miejscowości Krzywopłoty w ośrodku AMIG Gościniec. Śmiało mogę polecić ten ośrodek http://www.amig-jura.pl/ jako bazę wypadową w Jurę Krakowsko-Częstochowską. Spokojna okolica, przyzwoite pokoje i kuchnia, oraz miła Pani „Krysia”. Wieczorem zrobiliśmy malutkiego grilla i tylko zastanawiało mnie dlaczego kot Bonifacy widząc, że jemy kiełbasę z tajemniczą musztardą zamykał oczy, wystawiał język i odchodził od stołu nie czekając na resztki Wink.


Następnego dnia ruszyliśmy dalej około godziny dziewiątej. W nocy trochę popadało i rano było bardzo miło-chłodno.  Muszę tutaj dodać, że przez trzy dni nie spadła na nas ani jedna kropla deszczu. Pogoda dopisała, a temperatura 30-32st Celsjusza to była norma. Wiedzieliśmy też, że z Krzywopłotów do Częstochowy będzie gorzej, ponieważ na trasie było dużo piasku przez który nieraz trzeba było prowadzić rowery. Lecz zanim wjechaliśmy w te piaski wystrzeliła mi kolejna opona Frown. Lecz tym razem szybko udało się nam kupić i założyć nową oponę, więc po krótkim czasie ruszyliśmy dalej. Po drodze nie było już niemiłych niespodzianek i spokojnie dojechaliśmy do Olsztyna na kolację, a później na nocleg do Częstochowy. W Częstochowie nocowaliśmy na kempingu Oleńka.

Następnego dnia wstaliśmy wcześnie. Nie zjedliśmy śniadania, bo nie było. Udaliśmy się więc na najbliższą stację BP i tam uzupełniliśmy węglowodany. Około godziny ósmej pożegnaliśmy się z Irkiem i ruszyliśmy w drogę powrotną do Krapkowic. Choć ten etap był najdłuższy (ok 125km) i byliśmy już zmęczeni, to pokonaliśmy go najszybciej. Po drodze jeszcze drugie śniadanie w Koszęcinie, obiad gdzieś w okolicach miejscowości Kokotek, no i w pełni zasłużone piwo na Górze Świętej Anny.

 

Podsumowując muszę powiedzieć że wyjazd był bardzo udany (pomimo tego, że straciłem komplet opon). Były piękne widoki i niesamowite tereny. Dopisała pogoda, ale przede wszystkim jechałem ze świetną ekipą i tu dziękuję za wspólne rowerowanie Leszkowi, Sławkowi, Rafałowi i Irkowi, za udaną i mam nadzieję że nie ostatnią, wspólną wyprawę…

Pozdrawiam
Sławek Mędrecki

 


Na koniec jeszcze prawie cały ślad wycieczki:

http://connect.garmin.com/activity/175160074

http://connect.garmin.com/activity/175160057

http://connect.garmin.com/activity/175160036

Etap nr 2 jest niestety krótszy o jakieś 10 km, bateria padła w Olszytnie.

 

 

oraz trochę liczb:

całkowity dystans – 342 km,  średnia prędkość  – 18,05 km/h,  maksymalna prędkość – 68,74

czas pedałowania – prawie 19 godzin,  kalorie – 9600,  suma przewyższeń – 2770 metrów

 



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close