„Rower story” wg Sławka


Kiedy ożeniłem się z Agnieszką i zacząłem prowadzić regularny tryb życia, a zwłaszcza zacząłem regularnie się posilać (śniadania, obiadki – szczególnie u Kochanej Teściowej Barbary
Wink oraz wymyślne kolacje mojej Żonki Smile) to szybko zorientowałem się że brzuszek się powiększa. No i ta „oponka” Laughing

Pomyślałem sobie wtedy że to jeszcze nie pora aby wciskać się z moją „oponką” w ukochany fotel Laughing i … kupiłem sobie wagę stacjonarną.


Sama waga nie pomogła niestety w zrzucaniu kilogramów i poprawianiu kondycji
Smile Założyłem więc joggingi, dres i zacząłem biegać. Było fajnie, a nawet zacząłem zrzucać balast. Niestety szybko zaczęły mi wysiadać stawy kolanowe i moja kariera z bieganiem się zakończyła. Wtedy na myśl przyszedł mi rower – góral wypasiony, najlepiej z amortyzatorem Smile

 

Żona powiedziała mi że jest promocja w „Realu” i że są fajne rowery za 99,99 zł więc pojechałem tam i oglądnąłem te rowery, ale stwierdziłem, że plastikowe łożyska i korby to trochę za mało jak na moje ambitne trasy typu „gold”, ścieżka dydaktyczna wokół basenu w Otmęcie, a może nawet jakiś całodniowy wyjazd na Annaberg (całodniowy dlatego żeby zdołać wrócić na rowerze Wink).

 

 

 

Odłożyłem więc trochę złotówek i kupiłem Giant’a Rock’a. Zacząłem kręcić korbami gdzie się tylko dało i kiedy tylko mogłem, tak że zrobiłem w rok prawie 2 tys. km, przez cały czas ulepszając swój rowerek. W końcu tej wiosny (2009) złożyłem już swój ukochany rowerek na ramie Kellys, amorku Rock Shox Recon oraz osprzęcie Shimano XT i Ritchey WCS.

 

 

 


Kiedy nasz kolega Artur dowiedział się, że trochę jeżdżę, to zaprosił mnie na wspólny trening. Jeden trening, drugi, później następny w większym gronie kolarzy z MTB Krapkowice i zachęta do startu w maratonie.


Nie zastanawiałem się długo. Pierwszy raz wystartowałem w Boguszowie-Gorcach. Miałem tam jedno marzenie: nie przyjechać ostatni
Smile i nie przyjechałem ostatni, a nawet zostawiłem za sobą grupę około 30 kolarzy w swojej kategorii – jak dla mnie rewelacyjny wynik Laughing


Potem start „u siebie” w Zdzieszowicach. Pomimo upadku nie zraziłem się i nie mogę się doczekać następnego startu, a największą nagrodą okazało się przyjęcie mnie do MTB Krapkowice

i za to tu i teraz dziękuję całej Ekipie Laughing

 

Pozdrawiam, Sławek

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close