„Ostatni Mohikanie” w Poznaniu

   Pogoda! Przez całą sobotę ulewa przypominająca deszcze przez powodzią stulecia 1997 a na pewno przed wrocławskim bikemaratonem z 2006 roku. Ja z Arturem miałem średnią przyjemność uczestniczyć na dyst. Mega w tych kąpielach błotnych i wiemy co to oznacza dla naszych aluminiowych rumaków. Poza tym jechać 300 km, żeby pochodzić sobie z rowerem w błocie… Objazd trasy odpuściliśmy, nikt z nas nie był na tyle szalony, aby wyruszać na rower w taką pogodę. Nasze ciuszki na pewno nie wyschły by na maratonik i w ogóle… Zostało nam pozwiedzać Poznański Rynek i okolice. Powspominaliśmy przy piwku z Arturem jak to w wieczór poprzedzający maraton w 2006 roku  nasz „manager” w klubie karaoke zapowiadając swój występ, oświadczył wszystkim: „… przyjechałem z kolegami na zawody, nawet nie wiem na jakie… ” Wink Co do zwiedzania starówki, to co godne polecenia, to „Stary Browar” –  Dom Handlowy Pani Kulczyk o wyjątkowej architekturze. Atrakcja nie tylko dla kobiet.

A dalsza część wieczoru? Nie ma co wspominać. Bo o czym tu pisać, że jeden z kolegów tańczy jak ten z piosenki: „Joźin z Bazin”? Później się tłumaczył, że mu wpadło coś do buta, ale i tak mu nikt nie uwierzył Laughing

          Niedziela rano. Coś pozytywnego. Deszcz przestał padać, ale żeby nie było za płasko… Artur z Andrzejem spóźniają się na śniadanie. Okazuje się, że mają kłopoty żołądkowe po wizycie w tureckiej knajpie (nie podam nazwy, żeby nie robić krypto reklamy). Ja z Piotrkiem zdecydowaliśmy się na sprawdzony w 2006 roku, bar makaronowy na Rynku. I wygraliśmy na tym wyborze. Okazało się, że BM Poznań nie dla Artura i Andrzeja, choć z decyzją wahali się do ostatniej chwili. Najgorzej, że przez te kłopoty żołądkowe, opóźnił się nasz wyjazd na start maratonu. Do tego doszła jeszcze nieprzewidziana wycieczka po mieście (Poznań to naprawdę duuże miasto) i w sektorach z Piotrkiem stanęliśmy dosłownie kilka minut przed startem na szarym końcu. A moi rywale „Miniowcy” w pierwszych liniach.
           Pochmurno, z 12 stop.C. I ten wiatr, który przypomina mi, że miałem stać w przodu i wsiąść do pociągu Inter City, a nie osobowego. Ale cóż… walczyć trzeba. Wszak jest nas (z MTB Krapkowice) mniej niż garstka. Ostatni Mohikanie.
Start usytuowany jak w poprzednim roku, na starcie toru regatowego „Malta”. Miejsce jak na BM nietypowe, aczkolwiek ciekawe, malownicze i podnoszące rangę zawodów. Zawodników na starcie „na oko” tyle co w tym roku w Zawoi, nie mało, jednak jak na Poznań to porażka dla budżetu organizatora. Pomimo tego, że na Malcie odbywały się jednocześnie zawody żeglarskie, kibiców jak kot na płakał. Pogoda skutecznie odstraszyła. Start poszczególnych sektorów odbywał się w większym odstępie czasowym niż zawsze, o ile dobrze pamiętam to 4 minutowym, może 5 min. Pomyślałem, że to ze względu na te owiane złą sławą schody. Jednak po przejechaniu kilku kilometrów wiedziałem, że to nie tylko schody. Pierwsze kilometry, może nawet pierwsze 4 km przypominały mi trasę BM w Zdzieszowickim parku, czyli ciasno, a nawet bardzo ciasno. Blokerzy z nadwagą nie wiedzieć czemu poustawiali się w sektorach. Zamiast rozgrzać się i przyjść do sektora za 5 jedenasta. Przy pomiarze czasu netto… Ale pretensje mogę mieć tylko do siebie i do tureckiego „jadłodaja”. Niestety przy tym układzie ciężko wejść na obroty, w moim wypadku 180 HR – 182 HR. Na leśnym szutrze występują kałuże, na których co nie którzy skupiają swoją uwagę, aby przypadkiem się nie zamoczyć. Przez to mijanki są możliwe po kałużach. W końcu jest jakiś dłuższy, tj. kilkuset metrowy odcinek asfaltu, czyli co moje slicki 1,75 lubią najbardziej. Pociągu jednak jak nie ma tak, nie ma. Choć jest, ale ja robię za maszynistę, a bardziej motorniczego, bo to dwuwagonowy tramwaj. Czepia się za mną człek, z którym jak się okazuje będę jechał do pierwszego i jedynego pomiaru czasu.
           Teraz nie jestem pewien czy przed tym asfaltem czy też po na leśnej, szutrowej drodze, mijam mojego jedynego na tych zawodach kompana z teamu (dwaj inni biorą udział prawdopodobnie w innych zawodach). Był to może z 7-9 km. Pytam się Piotrka „…co tam?” Pokazuje mi bez słowa zerwany łańcuch. Machnąłem mu tylko w geście bezradności ręką, bo tylko tyle mogłem w tym wypadku zrobić. Piter już prowadził pod prąd swojego Cube’a, bo zostawił skuwacz w aucie Prezesa, który wiadomo gdzie i w jakim celu się znajdował. Nie będę już pisał, że to już drugi łańcuch Piotrka w tegorocznej edycji. O trzech gumach też i szlifach też nie wspomnę. A to, że ojciec kazał mu wziąć do kabzy ketę to już w ogóle pomijam. Faktem jest, że Piotrek to prawdziwy wojownik i gdyby jeździł jak panienka, nie miałby tylu przygód. Inna inszość, że inny po tylu sprzętowych niepowodzeniach by odpuścił, ale „Młody”… nie poddaje się i nie podda się, bo to gościu z charakterem.
           A ja mknę dalej, bo coraz luźniej się robi i szerzej. W pewnym momencie, z dwóch robi się nas kilku i dochodzi do żenującej sytuacji. Drogą leśną jedzie nas z 5 ławą. Droga na szerokość Tira. Nagle gościu z tego peletoniku wyrywa się jak Filip z konopi i zaczyna krzyczeć, żeby nie napisać po imieniu, czyli drzeć ryja na drugiego bikera: „…jak jeździsz, dlaczego mi zajeżdżasz, gdzie się wp…”, czy coś w ten deseń. Człowiek zobaczył furiata, nawet z nim nie gadał, stanął na pedały i czym prędzej, żeby nie wysłuchiwać. A ten z pianą na pysku za nim jak na Tur de France. Doszedł go i spisuje w pamięci numer, krzycząc „….masz dyskwalifikację”. Nie wiem, może go tam szturchnął łokciem, ale nie widziałem, żeby człowiek się zachwiał. Jakoś tętno wysokie, nikomu się nie chciało gadać, bo z wariatem i po co? Ale nawet jeżeli doszło do jakiegoś kontaktu bez skutków typu upadek, defekt itp., to przecież nie bierki!
           Na kilkunastym km, schody znane mi z zeszłorocznego narzekania na forum. I tu miła niespodzianka. Przy wjeździe pod tunel stoi jeden z Organizatorów i rozładowuje ruch, puszczając raz na lewe schody, raz na prawe. Odbywało się to na tyle sprawnie, że rowerek swój po schodkach szybciutko wniosłem, bez żadnych korków. Po schodach troszku asfaltu i znów robię za maszynistę, ale cały czas z tym samym bikerem, za którym ciągnąłem się troszku po terenie. Następnie droga twarda, polna, dużo kałuż, zaczyna pojawiać się torchę więcej błota. Rozjazd – i żeby tradycji stało się zadość – w tym roku only Mini. Choć wolę nazwę Kross. Nie żebym miał jakieś kompleksy natury fizycznej. I ku mojej uciesze mój partneros z tramwaju skręca na Mini. Droga przeważnie polna, coraz więcej pola, coraz większy wiatr, tym współpraca ważniejsza.
           Jednak jakieś kilkaset metrów przed pomiarem czasu – tak rzadko występującym a tak mile widzianym na dystansie Mini – zaczyna się 1-szy prawie podjazd. Miał może z 50 metrów długości o nachyleniu niewielkim lecz takim, że aby zachować wysoką kadencję, z jaką lubię jeździć, musiałem zrzucić na średnią z przodu. I tak zaczęły się moje problemy ze sprzętem. Musiałem zejść z roweru wyciągnąć zaklinowany łańcuch pomiędzy ramą a zębatką. W międzyczasie z 5 zawodników mija mnie. Resztę tego śmiesznego podjazdu podbiegłem. I dwa następne podjaździki występujące na całej trasie też podbiegałem, bo okazało się że na średnią nie mogę z rzucić, ino muszę na blacie ciś. Puściłem się za moim partnerem z tramwaju, ale coraz więcej błota, pola i ten wiatr i blat. O moich slickach na błotku w tej sytuacji jak się zachowywały nie wspomnę. Następuje odcinek 2-3 km prawdziwego błota. W tych warunkach się kulam. Krótko mówiąc przy dobrej dyspozycji fizycznej łapię doła i odpuszczam. Mija mnie zawodnik Corrateca, leader z M1. Koło miele w miejscu, nie mogę się zaczepić. To na pewno mi nie pomaga.
           Dojeżdżam do krótkiego stromego zjazdu, jak na Poznańskiego warunki. Niestety napotykam na dwóch czasowstrzymywaczy i hamuję żeby nie wjechać w nich. Tylne koło podcina mi się jak na lodowisku. Nie leże zbyt długo, wstałem i  chwilę czekam, żeby chłopaki się skulali. Jak na czasowstrzymywaczy przystało długo im to szło, toteż wybieram inny wariant, przenoszę rower na trawkę i zjeżdżam bez używania hampli. Fotorelację można zobaczyć na sportfografie, wpisując mój numer. Szkoda, że fotograf trochę zaspał i cyknął dopiero wtedy jak się podnoszę.
           Kilkaset metrów dalej podjazd błoto, jakiś niby podjazd, w błocie na blacie, slicki boksują. Jakiś wątły chłopaczek robi sobie skróty, pewnie Poznaniak, ale myślę sobie, licho wygląda to niech skraca. Na tym odcinku 3 km kilometrów mazistego błota, może wyprzedziło mnie z 12 osób, może mniej?
           Ale przyszedł moment, jak zaczął mijać mnie bikerman, który w prawie każdej edycji często gęsto gdzieś tam na trasie ze mną rywalizuje. Przeważnie jeśli przyjadę bez gumy i nie pomylę trasy, to jestem przed nim. Poza tym może nie bezpośredni, ale sąsiad z generalki. Puszczam się za nim na błocie, ale po prostu nie jadę. Tak gdzieś jeszcze 1 km się pomęczyłem i w końcu trochę asfaltu, a następnie jakieś szutry, przeważnie leśne z kałużami i odzyskuję power. Doganiam 3 osobową grupę, w której jest mój rywal z generalki i czuję „flow”. Chwilę wożę się na jego plecach i skaczę do następnej tym razem 5-6 os. grupki. Ale tego mi jest mało, robię ucieczkę z tej grupki i czuję się jak na ucieczce w Wyścigu Pokoju.
           Pojawiają się schody, myślę zjadę sobie, żeby kontynuować dobrą pasę ,a tu czasowstrzymywacz niesie po schodach w dół rower. Nic mi nie zostało, tylko po obejmować moją maszynkę. Po wyjściu z tunelu krótki podjazd, jadę razem ze starym wyjadaczem, leaderem z M5, który mi odpuścił w Świeradowie. Myślę sobie: this is my key. Niestety zrzut na średnią z przodu, blokada, targanie łańcucha, kilka niecenzuralnych słów i podbieg z rowerem.  W międzyczasie mija mnie pan sąsiad z generalki. Ale nie ma takiego błota, mogę na blacie walczyć. Mam kontakt wzrokowy z moim rywalem, jest gut. Choć jadę sam, a on w parze. A wichura taka.
           W końcu dobija do mnie jakiś gościu z M4 lub M5. Wcześniej słyszałem jakieś głośne krzyki, jakby mnie ktoś wołał. Myślę sobie, przecież jestem z teamu sam. Na stracie też nie widziałem zaprzyjaźnionych biekerów. także nawet się nie oglądam, niech sobie jeszcze pokrzyczy. Na asfalcie gł. drogą lekko pod górę i zajebisty wiatr, ciężko się jedzie. Po chwili gościu siada mi na koło i zaczyna wydawać nieskoordynowane okrzyki. Mój system nerwowy może wytrzymać dużo, ale w tym wypadku nie dał rady i początkowo stanąłem na pedały i zacząłem najprościej w świecie uciekać. Pomyślałem, mam to z głowy gdy znów te szczekanie na plecach. Okrzyki nasilały się chyba wraz z wzrostem tętna? Zjechałem na bok i nie czepiłem się na koło. Poszedł jak burza krzyczeć gdzieś dalej. Widocznie u mnie na kole sobie lekutko wypoczął.
           No cóż a później doszedłem sobie tego mojego rywala i skokami zajęczymi wyprzedzałem jeszcze kilku zawodników. Bo i już błotka na ost. kilometrach tyle nie było i wiatru bo w lasku, no i cały czas uciekałem mojemu sąsiadowi z generali. Na ostatnich km-ach dobił do mnie pan dyskwalifikator, który zmobilizował mnie do dalszej rzetelnej pracy. Z 2 km przez metą spotykam spacerującego z rowerem Pitera.
           Podsumowując: maraton bardzo płaski. Kolejna komercyjna edycja BM, kolejna profanacja MTB. Gdyby nie plany powtórzenia wyczynu z 2006 roku i zaliczenia wszystkich edycji BM – tym razem , na maratonie w Poznaniu nikt by mnie nie zobaczył. No chyba, że na trasie MINI z 2006 roku, którą (omyłkowo) pokonaliśmy w czasie objazdu trasy Mega. Biegła ona w większości wzdłuż rzeki Warty, ale to inna bajka.
           Kluczem do sukcesu było dobre miejsce na starcie, bo po 1-sze zabierasz się do pociągu i np. nie odczuwasz niekorzystnego wiatru. Po 2-ie przy przebijaniu się z ogona ktoś wybiera twój tor jazdy za ciebie i jeździsz po największych dziurach i błotach, co powoduje, że to twoja maszyna odmawia posłuszeństwa.
           Co do przewyższeń, to naprawdę nie ma o czym pisać. Podłoże: asfaltu nie było zbyt wiele, na pewno nie tyle ile można byłoby się spodziewać po opisach trasy na forach internetowych. Długość dystansu Kross – 32 km. Mój Czas 1:13 z groszami. AVG. HR 182. MAX HR 197 (?) Moja pozycja na mecie odpowiada pozycji na pomiarze czasu. Mój rywal był bezpośrednio za mną w open, jak i w kat. Widocznie moja obecność także musiała mobilizować, a to cieszy.

 

Z wyrazami szacunku: Przemo    

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close