Pętla po raz pierwszy…ale nie ostatni

Już w piątek popołudniu pojechaliśmy wraz z naszymi kobietami na Połom (Istebna) – do naszej ulubionej agroturystyki (już o niej kiedyś wspominałem) i tam wypoczywaliśmy aż do niedzieli.
Ponieważ u naszej gospodyni Renatki zamieszkali również inni kolarze startujący na Pętli temat wyścigu przewijał się i przy wieczornym ognisku i przy śniadaniu. Potem już tylko pozostało zebrać moc i stawić się na starcie.


No i stanąłem…. ufffff
Żar z nieba nie nastrajał optymistycznie. Ponad 30 stopni, bezwietrznie… to dobre dla plażowiczów.


 

Start o 11.00, przede mną 100 km – jak się okazało na mecie – dodatkowe 6 km było gratis Wink
Pierwsze kilometry, trzymam swoje tempo, przejeżdżamy przez Połom, tam okrzyki i doping się wzmaga Laughing Dalej droga biegnie w dół, wrzucam blat i napieram, szybkość wzrasta. Trzeba uważać na wąskie asfalty, które wiją się jak wąż. Mimo to wciąż udaje mi się utrzymać na drodze. Zbliża się kolejny podjazd, profilaktycznie wciągam żela. W myślach przeglądam mapę wyścigu,  no to się będzie działo… wąska serpentyna prowadzi pod Zameczek Prezydencki, dobrze znany z wyścigu Tour de Pologne. Swoim tempem docieram na szczyt, gdzie dopingują mnie Aneta, Ewa i Piotr.


 

Teraz czas na odpoczynek i strzał adrenaliny, przede mną zjazd do Wisły. W pewnych momentach licznik wskazywał ponad 70 na blacie. W Wiśle dochodzę do dość dużej grupy i w takim składzie docieramy do podjazdu na Salmopol. Jak się okazało nie taki diabeł straszny, patrząc na liczniki średnio pokazywał 15 do 22 na godz. Na szczycie czeka na mnie 1 bufet, uzupełniam bidony zjadam batona… a i jeszcze 2 kubeczki wody na czerep i wio do Szczyrku.

 

Zjeżdżając dojrzałem dwójkę kolarzy i pomyślałem, iż dobrze byłoby się do nich podpiąć, w grupie zawsze łatwiej. Udaje się na samym końcu zjazdu i tak już we trójkę przez Szczyrk pędzimy dalej. Upał daje się we znaki,  piję dużo, a mimo to w pysku sucho. Ale pocieszam się, że wszyscy mamy tak samo. Walczymy zmiana po zmianie, choć czasami muszę kolegów poganiać do dawania zmian. Moja radość z jady w grupie nie trwa długo, odpada pierwszy, a dwa kilometry dalej, koło puszcza drugi. Pozostało jechać samemu, zarzucam kolejnego żela na pokrzepienie i korbuję.

 

W oddali widzę samotnego kolarza, udaje mi się do niego dokleić. Krótka rozmowa i wiem, że długo razem nie pojedziemy. Kolega stwierdził że wypruł się na Salmopolu i daleko nie pociągnie ze mną. Cóż robić, tak to czasem bywa, że się raz jedzie gorzej raz lepiej. Wstaję na pedały i do przodu. 60-ty km… znowu przeglądam mapę w głowie i wiem, że najdłuższe podjazdy mam za sobą. Jadę sam, teraz ma być płasko, no to dodaję gazu tak przejeżdżam około 10 km. Myślę „jest dobrze, siły jeszcze są, woda w bidonie też, do mety nie daleko, żyć nie umierać”. Jakoś od razu jedzie się lepiej… Jednak radość trwa do czasu, kiedy niepozorne na mapce, wąskie, asfaltowe, dosyć krótkie podjazdy zaczynają wysysać kalorie jedna po drugiej.


 

Jakimś cudem docieram do 2 bufetu. Daję sobie chwilkę odpoczynku, parę normalnych oddechów. Uzupełniam się o żel, batonik i wodę. Tak zregenerowany zjeżdżam, po drodze mijam już mocno zmęczonych kolarzy. W tym momencie już nikt nie miał ochoty na ściganie, każdy wlókł się swoim rytmem.


 

Ostatnie kilometry do mety to sprawdzian nie tylko siły fizycznej, ale głównie silnej woli. Na liczniku mam już 100 planowanych km a mety nie widać. Trasy raczej nie pomyliłem, jadę dalej  i pytam tubylców czy aby dobrze jadę. Okazuję się że tak, mobilizuję się do dalszej walki. Dojeżdżam do rozjazdu, który wskazuje już tylko 2 km do mety. Ale to były moje  najcięższe kilometry. Po prostu pionowa ściana. W moim wypadku sprawdzian zaliczony na „szóstkę” – przejechałem i podjechałem wszystko, co uważam za wielki sukces.


Jeszcze jakiś czas temu tak nie myślałem, ale teraz już wiem… wyścig na Pętli Beskidzkiej jest bardzo wymagający, może bardziej niż niektóre maratony mtb. I druga prawda jest taka, że takie ściganie „wciąga”… jak tylko będzie okazja znowu stawię się na stracie (mam nadzieję, że już w towarzystwie Piotrka a może kogoś jeszcze?).

Mój wynik, z którego jestem zadowolony, to 4 godz 56 sekund i 21 miejsce w mojej kategorii.

Moją silną stroną była ekipa kibiców Wink Piotr z Ewą i Aneta oraz inni zaprzyjaźnieni kibice obstawili najbliższe miejsca i mocno dopingowali.

Korzystając z okazji pozdrawiam Marka z Lublina oraz oczywiście całą rodzinkę Bieleszów Laughing

Pozdrawiam, Krzychu

WIĘCEJ ZDJĘĆ W GALERII, ZAPRASZAM

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close