Przez Sudety

Nie zabrałem szczegółowych map, żeby się zanadto nie rozpraszać szukając trasy, korzystałem z map poustawianych w różnych miejscach i z ich podglądu w aparacie (robiłem zdjęcia). Miało to zresztą czasem przykre konsekwencje, gdy nierzadko odkrywałem, że jadę w odwrotnym kierunku do zamierzonego. Wtedy modyfikowałem trasę i posuwałem dalej.


Z domu wystartowałem do Opola o 3.30 rano na pociąg do Jeleniej Góry. Po drodze kilka razy za oknem padało, ale na rowerze przez 3 dni nie zmokłem. Zabrałem mały plecak z zapasowym ubraniem, kurtką i szczoteczką do zębów. No i jeszcze paroma drobiazgami, w sumie jakieś 5 kilogramów.

 

Z Jeleniej Góry brak dalszego transportu, więc do Świeradowa ruszyłem rowerem. Ładna ścieżka rowerowa nad Bobrem, przyjemna jazda, ale nie trwało to długo. Skusił mnie zielony szlak odchodzący w bok i po półgodzinie kręcenia wylądowałem 300m od miejsca startu. No cóż, niemiłe dobrego początki. Teraz trochę asfaltu, jakieś ciacho po drodze i już Rozdroże Izerskie. Zjazd do Świeradowa i męczący podjazd na Stóg. Po posiłku dalej przez Izery do Szklarskiej Poręby.

Tu znalazłem znaki ER-2 Szlaku Liczyrzepy (z Zittau do Lubawki) i z małymi odstępstwami trzymałem się go do Karpacza. Generalnie oznakowanie szlaków rowerowych jest bardzo mylące. Jest mnóstwo tabliczek ze znakami, ale brakuje tablic z przebiegiem szlaków, drogowskazów itp. Ze Starej Kamienicy na Rozdroże Izerskie jechałem najpierw starym szlakiem (rowerowym) zielonym, potem pojawiły się znaki niebieskie, później one zniknęły i były żółte, czasem długo nic, a droga cały czas ta sama. Jedynie szlak ER-2 był pewniakiem, chociaż też go gubiłem. Po jednej takiej „zgubie” trafiłem na zjazd wzdłuż Szklarki do wodospadu – szlak rowerowy ale bardzo wymagający, po kamorach, korzeniach i schodach, w dodatku z „kibicami” na szlaku. Uff, trochę się tam spociłem.

Po noclegu u kolegi w Zachełmiu ruszyłem do Karpacza a stamtąd asfaltem do Kamiennej Góry. Wybrałem taki wariant, bo miałem sporo przed sobą a czas poganiał. Za Kamienną blisko ukazał się Chełmiec, więc pojechałem na azymut. Po godzinie jazdy po polach i lasach góra ukazała się znowu w tej samej odległości, tylko dokładnie za mną! W końcu jakoś tam trafiłem, chociaż po cichu liczyłem na lepszą drogę a tam było wszystko wysypane kamieniami.

 

W pewnym momencie wybrałem 200 metrowy skrót szlakiem pieszym po gradiencie. Wspinałem się chyba 20 minut: 10 metrów targania roweru i przerwa, 10 metrów, obsuwka dół i odsapka. W takiej chwili przypomina się mój kolega górołaz, który mówi, że nie jeździ rowerem, bo nie ma siły go wnosić na górę. Po przejechaniu przez Boguszów Gorce ruszyłem w stronę Głuszycy. I znowu po jakimś czasie zobaczyłem Chełmiec, ale tym razem dokładnie przede mną! Zgroza. Wylądowałem apiać w Boguszowie (a może w Gorcach, nie wiem). To mnie dobiło a ponieważ robiło się późno, więc słuchając rad życzliwych ludzi ruszyłem asfaltem przez Wałbrzych. Dokręciłem do Walimia, gdzie spadło parę kropel deszczu akurat w momencie, gdy byłem obok zajazdu. Znaków z nieba nie należy lekceważyć, więc ten etap zakończył się pysznym pstrągiem z rusztu.

Trzeci dzień zaczął się wjazdem na Wielką Sowę. Podjazd męczący, ale z chwilami na złapanie oddechu. Na szczycie piękne słońce i ani jednego turysty. Czyżby godzina 9-ta w niedzielę to za wcześnie? Było mi to na rękę, bo mogłem się puścić na zjeździe. No, niezupełnie. Po kilkuset metrach zaczął się taki mały trial: korzenie, kamienie, błoto. Tu hamulce nie mogły odpocząć. Taka techniczna trasa, oczywiście z odcinkami łatwiejszymi prowadzi aż na Przełęcz Jugowską. Pod przełęczą klimatyczne schronisko Zygmuntówka, gdzie zjechałem specjalnie na śniadanie. Urzekła mnie atmosfera (cicho sącząca się muzyka z aparatury, wylegujący się na kanapie kot, obok pies, wystrój wnętrza) i jajecznica podana przez sympatycznego chatara.

Ale komu w drogę, temu w górę. Po jakimś czasie znowu zgubiłem trasę i wylądowałem u podnóża gór. Zostało więc szosą dostać się na Srebrną Przełęcz a stamtąd dalej w stronę Barda. Znaki szlaku szybko zniknęły, za to pojawiło się błoto w rozjeżdżonych przez zwózkę koleinach. Po dwóch kilometrach takiej jazdy na chwilę zjawił się szlak rowerowy, by znów gdzieś się zawieruszyć, tym razem na dobre. Gdy zjechałem przed Bardem na asfalt to uznałem, że pora wracać do domu i poza krótkim odcinkiem przez Złotym Stokiem już nie opuściłem wygodnej drogi aż do Krapkowic.

Cała trasa liczyła 372 km, nie licząc dojazdu do Opola (z tego 263 km w górach), suma podjazdów 5540 m. Jest to dość krótki wariant. Pełny prowadziłby z Neustadt do Ostrawy ale to chyba 5 dni jazdy, a ja nie miałem tyle czasu. Może następnym razem? Gdyby ktoś z czytających relację zechciał tak pojechać, to proszę pamiętać o mnie Laughing

Z rowerowym (zakręconym) pozdrowieniem
Lechu


Tu więcej zdjęć
http://picasaweb.google.com/lw2008x/PrzezSudety?feat#


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close