Polanica w słońcu


Trasa może nie była bardzo wymagająca, ale dla mnie aż nadto. Przejawem tego było m.in. przeoczenie mojej lubej głośno dopingującej mnie przed wjazdem na stadion (tym razem szczęśliwie mogłem to zrzucić na karb zmęczenia
Laughing) oraz niespodziewane kłopoty z wyjściem z samochodu pod domem Frown.

 

 

Do Polanicy przyjechałem późno, potem kłopoty ze znalezieniem parkingu, przebieranie, rozgrzewka, w końcu na stadion dotarłem tuż przed startem. Zielone stroje naszej drużyny dało się wypatrzyć, więc tylko z daleka przywitaliśmy się (wszyscy już stali w sektorach) i na start. Jeszcze tylko podpuściłem Sławka (sektor 4), żeby mnie za szybko nie wyprzedzał Wink i podszedłem do wejścia do mojego sektora.  3-go!  Wywalczyłem go na szybkiej trasie we Wrocku i chociaż obiektywnie na niego nie zasługuję, to korzystam dopóki mogę.  Start dosyć ostry, pod górę kostka i asfalt, potem szerokie szutrowe drogi. Staram się jechać szybko, jednak żeby się nie zagotować. Zjazd do szosy i teraz najdłuższy podjazd. Ciągnął się niemiłosiernie ale wreszcie się skończył.  Teraz gnałem ile sił czując na plecach oddech Sławka, chociaż faktycznie jeszcze mnie nie doganiał. Doszedł mnie przed drugim bufetem.  „W tym momencie życie straciło sens Wink” – słyszę i nie wiem, czy mówi o sobie, czy o mnie – widać jemu też zależało, chociaż cele mieliśmy w tym momencie rozbieżne. Na zjeździe jeszcze się za nim utrzymałem (co uważam za osobisty sukces), ale pod górę powoli zaczął się oddalać. Chyba za mocno naciskał, bo zerwał łańcuch i metę osiągnął mixtem Laughing ale i tak przede mną.

 

 

„Życie straciło sens Wink”  myślę i przerzucam na młynek.  W pewnym momencie zagaduję zmęczonego sąsiada „ile jeszcze podjazdów przed nami?” „Nie wiem, ja jadę giga” słyszę i widzę jak odjeżdża mi pod górę Frown. Do 55 km sił starczyło, na zjazdach, gdzie kierownica chciała się koniecznie odczepić od rąk a zęby nie trafiały na siebie też sobie poradziłem ale potem „niespodzianie” oczekiwany przeze mnie zjazd asfaltem zamienił się na błotnisty singletrack z podjazdami i tu zniknęły gdzieś resztki ambicji. Pojawiły się skurcze, bóle pleców i ogólne zniechęcenie do roweru, co zaowocowało podejściami z buta. Otępiały kręciłem na podjazdach i tylko czekałem aż zostanę doścignięty przez Mirka, czy Arka. Jednak okazało się, że nie i jakoś dotarłem do mety. Jeszcze tylko zaskakująca końcówka z ostrymi zakrętami przed metą i wreszcie można zamienić ruch obrotowy nóg na posuwisty.

 

 

Na mecie jak zwykle trochę niedociągnięć – długa kolejka do mycia rowerów, brak możliwości umycia się (sroga sprzątaczka pilnowała, żeby w ubikacji się nie myć bo się chlapie) ale piękna pogoda wynagrodziła wszystko. Błota było wprawdzie więcej, niż zapowiadano ale w końcu po kilkutygodniowych opadach należało się tego spodziewać. Wprawdzie trasa, a może moje zbyt szybkie tempo na początku dala mi się we znaki ale z perspektywy dwóch dni, w dodatku po odbudowaniu wypoconych kalorii Smile wszystko widzę jaśniej. Właściwie to było super Laughing


Pozdrawiam wszystkich ścigających się w Polanicy i tych, którzy tam nie byli ale to przeczytali, gdyż to też świadczy o harcie ducha
Laughing

Leszek

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close