1-056

Podwójna Garda cz.2

1-056Dzień trzeci.Przep…ierka;)
A trzeciego dnia… nie wszystkim się chciało.Może przeczuwali co szykuje Leszek,choć on twierdził pózniej,że sam nie wiedział.
Ale po kolei.Po dwóch dniach jeżdżenia,przy wieczornym piwku,Leszek zbiera
ekipę na dzień następny.Wszyscy już troszkę czujemy w nogach poprzednie dni.Pytanie podstawowe brzmi,ile będzie przewyższenia i ile kilometrów?
Nasz Guru stwierdza,że przewyższenia jakieś tysiącczterysta metrów
więc raczej nic wielkiego.Część ekipy,ta mocniejsza uważa,że to słaba wycieczka.Tak czy inaczej,rano do jazdy gotowych jest siedmiu wspaniałych.
Trasa zaczyna się łagodnie,przez całe trzy kilometry.Potem nagle zaczynamy wspinaczkę.To dobre określenie,bo na tym wzniesieniu padają rekordy.To oznakowana trasa rowerowa ale z gatunku kill me.Metrow w pionie przybywa nader szybko,trafia się nawet odcinek,gdzie góra mnie pokonuje „daję z buta” Jestem za cienki na moje 2 x 10. Choć nie tylko ja mam kłopoty.Na szczęście jak to mówią „wywłaszcza się” do ludzkich 14%
i można dalej jechać.Na szczycie krótki przystanek,kilka słów o dalszej części
i można zacząć zjazd.A robi się naprawdę ciekawie.Leśna ścieżka prowadzi nas stromym zjazdem,korzenie i kamienie nie pozwalają na chwilę dekoncentracji.Jeżeli na końcu każdego podjazdu czeka taka nagroda,to ja nie mam nic przeciw temu.Takie zjazdy to bajka..Jednak jak wiadomo z dzieciństwa,bajki są krótkie,przynajmniej w stosunku do podjazdu.Tak miło się leci w dół,że gubimy trasę:) A to sprawa naszego honoru,jeśli się nie zgubimy,wycieczka się nie liczy.Dobrze też jeśli musimy nosić rowery,góra-dół,to nie ma znaczenia.Liczy się noszone;) Mapa Leszka „idzie w ruch”musimy wracać około pięćset metrów i znów możemy się rozpędzić,tym razem szeroka szutrówa jak zawsze w tych rejonach widoki pierwsza klasa.
Postój przy armacie-pamiątce I wojny światowej.Sprawdzamy,mechanizm ustawienia działa-działa.Przy armacie kilka żartów o naszych złomiarzach,
przekąska i ruszamy dalej a raczej chcemy,bo najpierw musimy załatać kapcia.Reszta zjazdu do miasteczka to smoła i mija szybko.Poszukiwania knajpki z obiadem zakończone pełnym sukcesem.Jesteśmy głodni więc nie odmawiamy solidnej porcji makaronu i browarka.Przy okazji,jakby od niechcenia pada pytanie,Leszku co dalej? I wtedy…nasz Guru ze stoickim spokojem stwierdza,że mamy wybór.Albo 40 km. szosą po płaskim,albo kolejny tysiąc pod górę ale krócej.Smoły nie lubimy więc decyzja może być jedna.Tysiąc w pionie.Ruszamy powolutku,niech się makaron ułoży.Po drodze mijamy przepiękny wodospad,kilka fotek i dalej w kierunku podjazdu.I zaczyna się,sam nie wiem czy mój Garmin to zbawienie,czy przekleństwo.Widzę każdy metr pokonany w górę,przy takim nastromieniu przybywa ich szybko tyle,że równie szybko,jeśli nie szybciej sił ubywa.Przystanki stają się nieodzowne,kolejny kapeć pozwala dłużej odpocząć.Nie wiem czy to brak tlenu,wszak wysokość już spora,czy cukier już niski,bo w głowie kołacze się myśl,że Leszek już wczoraj wiedział co nas czeka.Na szczęście jedziemy w małej grupce i jest przyjemnie,nawet chwilami wesoło.W końcu ujechani docieramy do szczytu,tam czekają ci z lepszą łydką.Już zdążyli wymarznąć.
Jeszcze tylko zjazd i będziemy w domu.Wyrypa była nieziemska,ale warto było.Dzięki Leszku za tę traskę.Zapis z Garmina wygląda okazale: http://connect.garmin.com/activity/321728014

Dzień czwarty-odpoczynek
Bo kiedyś trzeba odpocząć od roweru.Wieczorem planujemy następny dzień,
jedziemy busami do Mediolanu.Grzegorz ma info z domu,co należy zobaczyć.
Na początek problem ze znalezieniem parkingu,potem metro do centrum,okazuje się,że zajechaliśmy za daleko.Tak więc per pedes wracamy ponad dwa kilometry i mamy pierwsze zabytki.Największe wrażenie robi katedra,nie sposób opisać tego słowami.Kunszt budowniczych jest godzien podziwu.Czy można taką wycieczkę nazwać odpoczynkiem?
Wszyscy wracamy umęczeni,ale wartało się pomęczyć.

Dzień piąty- St.Barbara
Na tę stronę jeziora ciągnie nas chyba niespełnione marzenie o zdobyciu Mt.Baldo. Także i tym razem tam nie dotrzemy a wyzwanie jest nie byle jakie,
przewyższenia jest prawie trzy tysiące metrów.
Zadowalamy się podjazdem do tytułowej St.Barbara.Najpierw jednak kolejna wycieczka doliną Ledro i zjazd Via del Ponale.Potem przejazd zatłoczonymi ulicami Rivy,to mało przyjemna część wycieczki.Musimy jednak dostać się do Torbole skąd rozpoczniemy wspinaczkę na szczyt.Pierwsze kilometry to przejazd wśród winnic,dookoła wysokie góry a po prawej stronie Jezioro Garda.Pomimo wczesnej pory,na jeziorze widać już wiele żagli,to wspaniałe miejsce do uprawiania wszelkich sportów wodnych.
My jednak opuszczamy winnice,zostawiamy za sobą ostatnie zabudowania,przed nami ściana.Inaczej nie można nazwać zbocza góry którą mamy zdobyć,jednak niejednokrotnie w Alpach przekonałem się,że drogi poprowadzono w miejscach pozornie niemożliwych do przejechania.Tak jest i tym razem,początek podjazdu jest stromy,później jest trochę łatwiej.Jedynym mankamentem jest smoła:( Jak zawsze formuje się czołówka urządzając sobie zawody zaś ci mniej ambitni,jadą swoje.
Na szczycie schronisko pełne zdjęć z Pierwszej Wojny Światowej kusi różnościami,krótka przerwa na kawę,ciasto
i można jechać dalej.Teraz będzie ciekawiej bo zjazd do Torbole leśnymi ścieżkami powinien dostarczyć wiele emocji i dostarcza.Na początek to błotne kąpiele,ale są też odcinki o dużym nastromieniu i sporej ilości kamieni zalegających na trasie.Jest wszystko,co powinno cechować prawdziwe MTB.
Po kilku kilometrach Artur ma awarię,strzela mu szprycha.Wyjęcie jej zajmuje kilka minut i możemy ruszać dalej,droga jest bardzo wąska,stroma i pełna ciasnych zakrętów.Prędkości rozwijamy nieprzyzwoite więc i „krzaczki” się przytrafiają.Na szczęście nikt z „buszmenów”nie ucierpiał za bardzo.Więc w dobrych nastrojach docieramy do Torbole i rozpoczynamy poszukiwania czegoś do zjedzenia,jest pora sjesty więc nie jest to łatwe zadanie.Udaje się jednak i po krótkim czasie na stole pojawia się złoty płyn a po nim typowo włoskie dania.Tak zaopatrzeni ruszamy w drogę powrotną,do pokonania siedemset metrów przewyższenia i prawie dwadzieścia kilometrów.Kolejny dzień nad Gardą dobiega końca,kolejna ciekawa wycieczka za nami.Będzie co wspominać po powrocie do domu.
A tak wygląda zapis GPS: http://connect.garmin.com/activity/321727681

Dzień szósty-krótko i soczyście:)
Piątek jest ostatnim dniem jazdy po górach.Wyjazd ma być krótki bo trzeba jeszcze odwiedzić miejscowe sklepy i dać zarobek właścicielom okolicznych winnic;)Tak więc niezawodny Leszek prowadzi

Had I Your. PRICE same day loans My too Chapstick renegade louis vuitton handbags maid but attractive with which,.

grupę w mocno już okrojonym składzie do pobliskiej wioski skąd rozpoczniemy podjazd do Rifugio Bocca di Trat,leżące na wysokości 1600npm. Czeka nas prawie tysiąc metrów wspinaczki ale nikt nie marudzi pomimo tego,że momentami jest bardzo stromo.Część ekipy zawraca,część gna do przodu bo to dla nich ostatnie zawody w tym gronie i w tych górach.Jest też grupka w której jadę,to wydawać by się mogło fani fotografii.Co jakiś czas zatrzymujemy się i robimy zdjęcia,to doskonały pretekst dla odpoczynku:) Przy okazji mamy materiał do galerii i tak sobie to tłumaczymy.Niedaleko szczytu mijamy naszych kolegów wracających już do naszej miejscowości nie muszą na nas czekać,wracają tą samą drogą.My po kilku minutach meldujemy się w schronisku.Okalające nas szczyty raz po raz przesłaniają chmury.Widok i tak jest fantastyczny.To tu,ma swój początek najsłynniejszy zjazd w tych okolicach zwany:Adrenalina,
to downhillowa trasa Pucharu Świata z przed kilku lat. W zeszłym roku mieliśmy przyjemność nią zjechać,przynajmniej większą jej część.Żywiczne klocki wytrzymają może dwa przejazdy:) Tym razem nie mamy czasu na ten zjazd,szkoda:(W schronisku kawa i jabłecznik,suszenie ciuchów i czas się zbierać.Na zewnątrz ostatnie spojrzenie z tej perspektywy na góry i ruszamy w dół,żeby nie było nudno Leszek proponuje powrót inną drogą.Chętnie przestajemy na taką prpopzycję wszak dawno żeśmy się nie zgubili;) i faktycznie mylimy drogę ale szybko odnajdujemy ścieżynkę którą proponował Leszek.Przejezdna jest zaledwie w połowie,może ktoś o wyższej polisie by nią zjechał,my trochę dreptamy.Reszta zjazdu to szutry,przyjemnie.
Tak kończy się nasza przygoda nad Gardą.
Oto zapis śladu: http://connect.garmin.com/activity/321727321

Jeszcze raz potwierdziło się,że można zorganizować rewelacyjny wyjazd,który da wiele pozytywnych emocji nie rujnując finansów.
Serdecznie dziękuję wszystkim uczestnikom szczególnie tym,którzy zajęli się zakwaterowaniem,transportem,prowiantem.Bez Waszej pracy wyjazd by się nie odbył.A co za rok? Słowenia? Mittenwald-Garda?
Do zobaczenia.

3 comments for “Podwójna Garda cz.2

  1. Arczi
    21 czerwca 2013 at 07:58

    Przyjemnie napisane, miło wspominane…

  2. Floro
    21 czerwca 2013 at 08:44

    Nie wiem jak wy, ale ja chcę z powrotem, przyłączam się do podziękowań :)

  3. Lechu
    Lechu
    24 czerwca 2013 at 09:35

    Przy tej lekturze banan sam się pojawia na wspomnienie tamtego tygodnia.
    Zwłaszcza, że w kraju było deszczowo i zimno :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close