Pisać każdy może… – CZYTANIE MAPY

 

 

 

 

Jednak już na początku pierwsze zdziwko – na mapie szeroka droga z Jarnołtówka prowadzi do Zlatych Hor zaś „w realu” ulica się kończy zakazem ruchu a dalej wąska ścieżka. Ale widać ślady rowerów, więc spokojnie przejeżdżamy przez granicę. Nawet nie wiadomo kiedy jesteśmy w Czechach, teraz przez miasteczko i zaczyna się podjazd. Jest kilka wariantów ale my wybieramy na początek szosę. Można się nareszcie rozebrać, bo przy starcie nie było za ciepło. Na pierwszej agrafie zjeżdżamy z szosy ale dalej pniemy się asfaltem.

 

 

 

 

 

Po jakimś czasie niebieski szlak odchodzi w bok a z nim jeden wariant szlaku rowerowego. Przynajmniej tak jest narysowane na mapie. Po krótkim wahaniu wybieramy szlak, bo asfalt trochę nam się znudził. Jest stromo. Po kilku metrach trzeba zeskoczyć z roweru, tym bardziej, że opadłe liście uciekają spod koła. Pocieszamy się, że dalej będzie łatwiej ale niestety, droga zamienia się w stającą dęba ścieżkę z kamolami i malinami kłaniającymi się z dwóch stron.

 

 

 

 

 

Pchaliśmy te rowery chyba z kwadrans nie wliczając odpoczynku aż zdyszani i mokrzy dotarliśmy szczęśliwi do opuszczonego wcześniej asfaltu, tylko 200 metrów wyżej. Za chwilę kolejny odpoczynek przy górnej stacji wyciągu z widokiem na Biskupią Kopę i możemy jechać dalej.

 

 

 

 

 

Szukamy następnego punktu orientacyjnego, jakim powinien być drugi wyciąg krzesełkowy przechodzący nad drogą a jego jak na złość nie ma. Mapa, jak na niej jest napisane, jest aktualizowana w terenie ale chyba teren się nie zaktualizował do mapy. Wyciągu, jak nie było, tak nie ma. Skręcamy w prawo z zamiarem objechania Pricznego Vrchu ale droga kończy się przy nieczynnej sztolni. Dalej tylko dla piechurów, chociaż na mapie szlak jest jak najbardziej rowerowy. Po poprzednim cross-turze mamy dosyć i wracamy „dolu”. Jednak czujemy niedosyt i po dwóch kilometrach znowu skręcamy pod górę. Droga szeroka, w miarę przejezdna, jednak według mapy to ledwo ścieżka. Odtąd kierowaliśmy się na słońce, dzięki czemu niespodziewanie znaleźliśmy się tam, gdzie miała zaprowadzić mapa, czyli przed Hermanowicami. Pora wracać, więc przecinamy szosę i podjeżdżamy na Hyncicką Hornatinę, która ma nas zaprowadzić pod Kopę. Droga asfaltowa ale bardzo wąska, ruch niewielki, więc jedziemy szybko wypatrując miejsca, gdzie należy z niej zjechać i cieszymy się jazdą. I znowu teren rozminął się z mapą. Zanim się obejrzeliśmy już byliśmy nad Petrovicami. To wymusiło zjazd niebieskim szlakiem, dosyć emocjonujący ale do zrobienia.. Rafał. zjechał, my częściowo daliśmy z buta, a po chwili znowu zapędziliśmy się za daleko. Teraz już zjazd bez ścieżki i w końcu dotarliśmy do wioski. Można wreszcie w knajpie uzupełnić napoje przed podjazdem i ostatni wysiłek – wdrapanie się na przełęcz pod Biskupia Kopą. Przy zjeździe z przełęczy odbiliśmy z szosy w prawo i dosyć dobrą ścieżką (bez kamieni) zjechaliśmy na dobrej prędkości na dół.

 

 

 

 

 

Nie obyło się oczywiście bez psioczenia na mapę, bo układ ścieżek nie odpowiadał temu, co widzieliśmy ale nie popsuło to nikomu humoru. W sumie zrobiliśmy 45 km.

Przejażdżka była wspaniała, górki w sumie niezbyt strome chociaż momentami dały popalić, pogoda i widoki nie zawiodły, szkoda tylko, że taka złota jesień nie może trwać aż do grudnia.

 

 

 

 

 

 

 

Pozdrawiam roweromaniaków, Leszek            

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close