IMG_0032

Ostatnie biegowki

No i stało się…ale po kolei. Zbliżał się weekend, pogoda zamówiona. Koledzy mobilizują do wyjazdu na „biegówki”. Argumenty, że „do drzwi puka wiosna”, że to ostatni wyjazd na narty biegowe ,bo przecież już rowery czas dosiadać, trafiają na podatny grunt. Sobota odpada, ale w niedzielę zbieramy się przed ósmą w składzie: Leszek, Rafał, Andrzej i piszący relację Slavo.
Kierunek – Czervonohorske Sedlo. Z tej narciarskiej stacji (na miarę Jeseników) zamierzamy pobiec na Pradziada. Różnica wzniesień spora, start z tysiąca metrów, by po dwunastu kilometrach zameldować się na szczycie, pod iglicą. Ja mam mieszane uczucia co do „ostatnich”wyjazdów. Poprzedni sezon kończyliśmy „szalonym” wyjazdem.

IMG_0061IMG_0079

 

 

 

 

 

 

Było trochę strachu, bólu i krwi. Ktoś powie”na biegówkach”? to niemożliwe. Dla takich niedowiarków mam zadanie, złożyć narty i ruszyć kilkusetmetrowym zjazdem w zalodzonym śladzie. Rollerkoster i tyle, zero sterowania i hamulców.
Z głową pełną wspomnień, ruszam za chłopakami. Rafał od początku chce pokazać, że jest mocny i on dziś
rządzi na trasie. Na całe szczęście mam aparat, a tym samym wymówkę, dlaczego zostałem z tyłu. Dzięki Rafałowi, grupa szybko porusza się w kierunku Svycarni, jakieś dziesięć kilometrów od startu. To bardzo ważny punkt na mapie wyprawy. Jak wam wiadomo, uprawiając sporty wytrzymałościowe, należy kontrolować ubytki płynu w organizmie. I to właśnie czynimy w schronisku.
Złoty płyn zawiera dodatkowo sole mineralne i witaminy. Samo zdrowie :)
Pełnia szczęścia-dobre towarzystwo, super pogoda, trasa całkiem dobrze przygotowana. Kilkanaście minut odpoczynku, jakaś przekąska i ruszamy dalej. Jako, że jest coraz wyżej, temperatura spada,tempo od razu jest wysokie, ze Svycarni widać wyraźnie wieże widokową Pradziada.
Zostało jakieś dwa kilometry. Będzie już tylko ostro pod górę, warunki pogarszają się wraz z każdym przebytym metrem.

IMG_0037IMG_0091

 

 

 

 

 

 

Jest coraz zimnej, ślady są zawiane a mocny wiatr skutecznie nas hamuje.
Nie było łatwo ale po kilkunastu minutach jesteśmy na górze. Po drodze mija nas dwóch…kolarzy :) Na zdezelowanych rowerach zjeżdżali po lodowej skorupie kilkadziesiąt metrów, a towarzyszy im kolega z kamerą. Na szczycie straszliwie wieje i jest minus trzynaście stopni. W schronisku popijamy herbatkę, zakładamy dodatkowe ciuchy na zjazd i powrót. Nie jest łatwy,po drodze czeka kilka stromych ścianek, które przy tym rodzaju nart, wymagają koncentracji i odrobiny techniki.
I tu zaczynają się moje kłopoty, chyba za dużo myślałem o tym, żeby nic się nie stało. Jadę ostrożnie, ale jakoś tak mało pewnie. Do Svycarni dojeżdżamy błyskawicznie, chwile czekamy na Leszka, ma skurcze. Andrzej częstuje naszego Guru jakimś cudownym płynem z fiolki. Ja wiem swoje, należało wypić jeszcze po jednym piwku i dolegliwości mijają. Za chwile czekają nas najbardziej strome zjazdy. Ruszamy i wszystko układa się doskonale. Stromizny „połykamy” bez problemu, teraz już będzie łatwo. Nie pierwszy raz okazało się, że trzeba być skupionym do końca. Kiedy do parkingu pozostało cztery kilometry, na prostym zjeździe, prawa narta odjeżdża w bok, wbija się w skarpę zatrzymując mnie w miejscu. Przewracam się czując w tej samej chwili „chrupnięcie” w kolanie i potężny ból, który

IMG_0040IMG_0039

 

 

 

 

 

 

rozchodzi się od kolana, po kręgosłupie przez całe ciało. Dojeżdża do mnie Andrzej pytając „czy jestem cały”? Ja już wiem, że nie. Kolano boli niemiłosiernie, do samochodu jeszcze kawał drogi. Zbieram się jakoś i ruszam dalej. Nie wiem czy to adrenalina mnie „trzyma”, ale do samochodu dojeżdżam o własnych siłach.
Większy ból zaczynam odczuwać po zdjęciu nart i próbie chodzenia. W samochodzie masując opuchnięte kolano czuję, że mam mokre ręce. Patrzę, a dłonie mam we krwi. Obrzęk był spory, krew się wylała i przesiąkała przez spodnie. Po piętnastej jestem w domu, biorę prysznic i Basia wiezie mnie do szpitala, tu rentgen, szyna gipsowa, brak diagnozy :( i skierowanie na ortopedię do Opola.
Tu nowa, lepsza szyna gipsowa na całą długość nogi i … brak diagnozy :(  Poniedziałek kolejna wizyta w szpitalu, tym razem w celu załatwienia ortezy, która jest o niebo wygodniejsza.
Jest bardzo prawdopodobne, że zerwałem więzadła krzyżowe. Czeka mnie długie leczenie, a sezon rowerowy „za pasem”. Mam poważne obawy, czy wyjazd na Jurę nie pozostanie w tym roku w sferze marzeń :( Aż boje się myśleć, jak będę „kręcił” nad Gardą.
Jedno jest pewne, na „ostatnie narty” już więcej nie pojadę.
Co nie oznacza, że nie lubię już nart biegowych. I tu dziękuję wszystkim, z którymi w tym sezonie miałem okazję biegać na nartach. Dzięki za towarzystwo, miłą atmosferę i pomoc, kiedy była potrzebna.
Do zobaczenia na rowerowych szlakach.

IMG_0032IMG_0044

 

 

 

 

 

 

Poniżej  ślad  trasy

http://connect.garmin.com/activity/288037682

2 comments for “Ostatnie biegowki

  1. Bączki
    25 marca 2013 at 21:20

    Szybkiego powrotu do zdrowia życzymy !

  2. Lechu
    Lechu
    28 marca 2013 at 07:46

    Następnym razem będzie „zamknięcie sezonu” a nie „ostatni wyjazd”, to zupełnie coś innego :)
    Wracaj do zdrowia jak najszybciej
    Pozdrawiam, Lechu

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close