Na przekór pogodzie

 

A przecież miałem z trasą rachunki do wyrównania – rok temu nie ukończyłem wyścigu, najpierw bolesny upadek, potem nie wytrzymał hak i musiałem się poddać. Tym razem miało być lepiej – więcej doświadczenia, nowe opony i tylko wizja błota i śliskich kamieni napawała niepokojem. W sobotę wieczorem prognoza tragiczna; ciągłe opady przez cały dzień. Po co jechać? Niestety, rower już nadany, w Krakowie czeka rodzina (że też musiałem się umówić!), jadę.

 

Na miejscu o dziwo sucho, nawet słońce nieśmiało prześwieca, całe szczęście, że nie spanikowałem i jestem. Pierwszy raz startuję z wcześniejszego sektora a nie z końca. Co prawda to sektor przedostatni ale czuję wyraźną różnicę, bo na podjazdach mniej się korkuje, wszyscy mają zbliżona prędkość. Sławek, startujący obok mnie, wyskoczył do przodu i zniknął. Trudno, jest lepszy, ja jadę swoim tempem. Na drugim podjeździe jednak widzę go całkiem blisko, więc naciskam mocniej, żeby go nie zgubić i nieźle idzie do rozjazdu na mini.

Przed startem nie byłem pewny swoich sił ale teraz nawet nie myślę o skróceniu dystansu.

 

 

 

 

Niestety, trochę dalej dopada mnie kryzys: brak tchu, zawroty głowy, niedobrze, nic tylko glebnąć na trawkę i odpocząć. W dodatku przejeżdżam obok karetki, więc pomoc jest pod ręką. No nie, myślę, jak się zatrzymam to gotowi mnie już nie wypuścić, jadę dalej. Dowlokłem się do bufetu tracąc kilkanaście pozycji, potem drugie tyle na postoju ale doszedłem do siebie. Hurra! Jadę dalej.

 

Niestety, dalej było częściej „idę”, niż „jadę”. Te cholerne ścianki wyrastały jedna za drugą a błoto potęgowało trudność podejścia. Parę razy usuwam klajster z widelca i przerzutki co na jakiś czas pomaga ale i tak ciężko. Łańcuch zgrzyta, nie chce przechodzić pomiędzy trybami ale jakoś się toczy. W pewnym momencie słyszę z daleka krzyki: – jedź środkiem kałuży, tu można. Akurat – myślę – nie ma głupich. Ogromna kałuża a dwaj z aparatami próbują nakłonić kogoś do ryzyka ale nikt im nie dowierza i każdy ostrożnie okrąża ją z boku. Na którymś podejściu już ledwo dyszę a tu dzwoni telefon. Szczęśliwy z pretekstu staję i odbieram. Żonka: jak ci idzie? Kiedy będziesz na mecie? Chyba jutro bo dzisiaj nie widzę szans.

 

 

 

A jednak dojechałem dzisiaj. Jeszcze tylko parę „życzeń” do organizatora za puszczenie trasy po pralce na wale przeciwpowodziowym zamiast obok po drodze i wreszcie meta. No nie tak zaraz, jeszcze ta rozmiękła łąka odbierająca chęć jakiejkolwiek walki ale to ostatni wysiłek.

 

 

 

 

Czas 3.54, nieźle, myślałem że będzie gorzej. Po chwili dostaję sms z wynikiem 4.02.01.

Co jest, nie mogę zrozumieć, skąd ta różnica? Umysł jeszcze otępiały, dopiero później jarzę, że przecież miałem postoje przy bufetach a na niektórych podejściach licznik wskazywał „0” . Wszystko się zgadza. Jeszcze tylko jakoś trzeba się umyć, przebrać, wpakować ciężki od błota rower do samochodu i koniec na dziś.

 

 

 

Jutro będę się martwił czyszczeniem. Jestem zadowolony: przejazd ukończyłem, żyję, nasza grupa dojechała w komplecie, pokonaliśmy błoto. Fajnie.


Pozdrawiam wszystkich roweromaniaków

Leszek

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close