P4270443

Mallorca 2018

Wylot na Majorkę był inspirowany przez Radka będącego fanem tamtejszych tras. Po paru latach namawiania dałem się przekonać do zmiany górala na szosówkę, pomogły też relacje uczestników wyjazdu sprzed 2 lat (np. http://mtbkrapkowice.pl/jeszcze-raz-majorka/ ). Lot z Wrocławia minął szybko, jeszcze taksówka i meldujemy się w hotelu. Jest nas ośmioro: Radek, który wszystko zorganizował, Lukas odpowiedzialny za bilety lotnicze, Grzesiek, drugi Radek, Sławek, Basia, Andrzej i ja. Mocna ekipa, chociaż okazuje się, że jest wiele (a nawet bardzo wiele) większych i mocniejszych. Fasujemy rowery, robimy drobne korekty ustawień siodełka (opuściłem o 1 cm i przez tydzień już nic nie ruszałem) i ruszamy na krótką przejażdżkę aklimatyzacyjną (wyszło 66 km więc nie była taka krótka). Zaszalałem i zamówiłem szosówkę karbonową; rower lekki, ładnie tłumi drgania, dobrze się prowadzi ale i tak potrzebna jest mocniejsza noga, żeby nadążyć za chłopakami. Dobrze, że Baśka się nie ściga więc dotrzymuję jej towarzystwa, chociaż z trudem bo przygotowała doskonałą formę. Na razie jestem trochę rozczarowany Majorką bo ruch samochodowy duży a drogi takie zwyczajne, jak u nas. W końcu jednak wjeżdżamy na boczne, wąskie asfalty i od razu samopoczucie ulega poprawie – wkoło palmy, cytryny, kaktusy, opuncje, gaje oliwne a zapach lawendy, rozmarynu i wielu innych kwiatów tworzy niezapomniany klimat.P4220118P4220182

W niedzielę ruszamy do Valdemossy, gdzie przebywał Chopin a później do Port de Soller na północnym brzegu wyspy – ładnie położonego miasteczka nad brzegiem zatoki. Tu już są góry i atrakcje związane z podjazdami i zjazdami w dół. Pojawiają się widoki morza pomiędzy wzniesieniami i wijącej się szosy, miasteczka i wioski wciśnięte pomiędzy góry i wodę. Czerpiemy radość z jazdy w górę i w dół, w górę i w dół. Dzisiaj jest z nami część grupy przebywającej na Majorce od czwartku więc jedziemy w 10 osób. Powrót wymaga wdrapania się na Coll de Soller (501 m), skąd fantastycznym zjazdem po szosie poskręcanej jak makaron (bez samochodów, które jadą tunelem) docieramy do Bunyoli.  Po pełnym P4220156wrażeń dniu wracamy do S`Arenal klucząc po licznych drogach i rondach, Na szczęście nasi „przewodnicy” znają drogę i obywa się bez błądzenia. Wieczorem obowiązkowy spacer nad morzem z zaliczeniem jakiejś z licznych kafejek czy restauracji, opędzając się od też licznych przedstawicieli Afryki (no dobra – „czarnych” – zresztą tu akurat nie ma przesady bo faktycznie byli czarni jak smoła) oferujących podświetlane kapelusze, misiaczki czy co tam wyobraźnia podsuwała producentom albo jakieś prochy czy dopalacze, nie sprawdziłem. W tym czasie zaczął się też Bier Fest (może to się inaczej nazywało ale sens ten sam), gdzie głównie nasi zachodni sąsiedzi przez całą noc piją, śpiewają a właściwie trwają w amoku przy wtórze mocnych i głośnych rytmów, dla mnie niezbyt muzykalnych ale może się nie znam? Niestety centrum imprezy jest niedaleko hotelu i na 10 piętro, gdzie z Andrzejem mieszkam, hałas dociera bez przeszkód i tak przez cały tydzień. I to na szczęście jedyny przykry akcent na tym wyjeździe.

Następna trasa prowadzi w głębi gór do Bunyoli i malowniczą drogą do Orientu a później zjazdem do Alaro. Brak słów, żeby opisać wrażenia.P4220149 Cały czas towarzyszą nam inni kolarze, często wyprzedzają nas całe peletony teamowe, nie widać rowerów górskich ani, o dziwo, elektrycznych. Chciałoby się co chwilę stawać, podziwiać widoki, strzelać foty ale czas goni a droga długa przed nami. Poza rozgrzewką i dniem przerwy codziennie robimy ponad 100 km w górskim terenie i trzeba się sprężać, żeby zdążyć na kolację. Trochą wykańcza powrót do S`Arenal, gdyż wiatr i zmęczenie dają znać o sobie.

O Port de Sa Calobra Radek i Lukas opowiadali od dawna, więc z dużymi oczekiwaniami ruszamy najpierw na pociąg do Palmy a później z Llosety, już na rowerach, w górę. W końcu za Coll des Reis (723 m) zaczyna się długo oczekiwany zjazd. P4240265Serpentyny nakładają się na siebie, zakręt goni zakręt i tak aż nad samo morze. A tam malutki port wciśnięty pomiędzy dwie wysokie skały, parę zabudowań i bezkres morza. Coś pięknego. Gorzej, że trzeba się teraz wdrapać z powrotem bo innej drogi nie ma. To nie koniec wspinaczki bo jedziemy teraz górami do Soller i dalej przez Bunyolę i Santa Marię do hotelu. Radek i Lukas opowiadają o innych wariantach trasy możliwych do zrobienia równie ciekawych jak te, po których jedziemy ale nie da się zrobić wszystkiego.

Pora na trasę po zachodnim wybrzeżu. Zaczynamy nadmorską drogą, później ścieżką rowerową do Palmy, trochę szukania i jazdy chodnikami aż przebijamy się na drugą stronę stolicy wyspy. O ile jazda po pozostałych drogach jest na ogół bezproblemowa to w Palmie z jej wielkomiejskim ruchem jest inaczej. Na szczęście kierowcy są przyzwyczajeni  do wszędobylskich rowerzystów i traktują ich na ogół z wyrozumiałością. Przez Palma Nova dojeżdżamy do Andratx a później zaczyna się kolejny widokowy przejazd nad morzem – co chwilę podjazd i zjazd, góry, klify i woda. I do tego słońce, chociaż akurat w tym P4250345dniu trochę zamglone. Powrót przez centrum Palmy, z jej licznymi światłami i dużym ruchem wymaga sporej uwagi ale w końcu docieramy do morza i (miejscami niebezpiecznej bo wąskiej) ścieżki rowerowej.

Czwartek od rana jest bardzo wietrzny, palmy mocno się gną i zapada decyzja, że wyruszymy ewentualnie po południu, gdy wiatr osłabnie. Jedziemy więc autobusem w kilka osób zwiedzić Palmę z jej przepiękną katedrą i handlową starówką.P4250298 Po powrocie do hotelu nie ma chętnych na rower więc przebieram się i jadę sam. Kręcę spokojnie wzdłuż wybrzeża na południe od S`Arenal czasem wracając w to samo miejsce po zakręcających uliczkach aż trafiam do Badia Blanca i El Dorado, gdzie zaczyna się klifowy wysoki brzeg. Widoki znowu powalają lecz przegania mnie deszcz, który na szczęście tylko postraszył. Poza tym jednym incydentem przez cały tydzień świeciło słońce i było ciepło. Rękawki i kamizelki przydały się tylko w ostatnim dniu, gdy wyjeżdżaliśmy przed 8-mą i było jeszcze dość rześko.

Radek z Lukasem od początku stopniowali nam wrażenia prowadząc na trasy od malowniczych poprzez piękne do zapierających dech. Właśnie teraz przyszła pora na końcowy akord – Cap de Formentor.  Po wcześniejszym śniadaniu, ponieważ dzień zapowiada się długi, ruszamy w grupach, kto jest gotowy ten jedzie. W efekcie przemieszczamy się dwoma pociągami i spotykamy razem dopiero za pierwszym podjazdem – Coll de Sa Batallia. Długi, szybki zjazd do Pollency i zaczyna się najciekawsze – półwysep Formentor. Wcięty w morze skalisty jęzor skał długi na 10 km z pokręconą 18 kilometrową drogą. Jest parę miejsc widokowych, gdzie zatrzymują się samochody i mnóstwo takich, gdzie nie wiadomo czy stawać czy jednak jechać dalej. P4270443Widok skał, zatoczek i morza kusi, z drugiej strony magia szybkiego zjazdu, pęd powietrza w uszach i adrenalina na zakrętach wciąga i już nie wiem co jest lepsze. Niestety jest dużo samochodów i autobusów które blokują drogę na serpentynach a z drugiej strony jest mnóstwo (już nie dużo) kolarzy których samochody nie mogą wyprzedzić na podjazdach ze względu na ich ilość i krętą drogę. Czasami więc trzeba zwalniać i czekać na możliwość spokojnej jazdy, na szczęście rzadko.P4270450P4270467 Tu nastąpił jakoś naturalnie podział na dwie grupy i zostałem z Basią, Andrzejem i Sławkiem z tyłu. Po przerwie na niesamowicie malowniczym przylądku pod latarnią (dobrze, że jechaliśmy rowerami bo samochody czekały w kolejce na możliwość wjazdu) nastąpił równie spektakularny powrót. Faktycznie ta droga ma prawo być w czołówce kolarskich przebojów. Wracając na stację kolejową w Sa Pobla nagle uznaliśmy, że do Palmy nie jest tak daleko a pora jeszcze wczesna. Basia dała mi i Andrzejowi swoje błogosławieństwo i pojechaliśmy przodem. Siedząc w knajpce na rynku w Ince (taka odmiana lotnego bufetu ;)) dowiedzieliśmy się, że Grzesiek miał bliskie spotkanie z samochodem i potrzebna jest pomoc. Na sygnale 😉 podjechaliśmy do Llosetty, gdzie nasza pomoc okazała się niepotrzebna; za to zyskaliśmy kompana do jazdy bo Radek zabrał się z nami (Grzesiek z drugim Radkiem i Lukasem pojechał pociągiem). Jakoś dociągnąłem do końca siedząc na ogonie tego małego peletonu ale miałem już dosyć – 170 km i 1900 m przewyższeń dało w kość.

Przez tydzień udało się przejechać ok. 720 km z sumą podjazdów 8850 m (himalaiści wiedzą, co to znaczy), zrobiłem 450 zdjęć, wypiłem 14 bidonów izotoniku, trochę więcej piwa i zużyłem pół tubki kremu przeciwsłonecznego (dzięki, Andi). Za to wrażeń było o wiele więcej; zachowam je na bardzo, bardzo długo. Dziękuję wszystkim za wspólnie spędzony doskonały kolarski tydzień.

Lechu.

Tu więcej zdjęć:Mallorca 2018

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close