P5210201

Levico Terme – tydzień w południowych Dolomitach

Levico Terme jest niewielkim miasteczkiem w dolinie Valsugana w rejonie Trentino, do którego Sławek nas wiózł przez całą noc. Zamówiliśmy dwa apartamenty w pensjonacie Casa Vacanza dei Logi ale miny mamy nietęgie bo właściciele nie mówią po angielsku a my po włosku ani niemiecku. Okazuje się jednak, że dla chcącego porozumienie nie jest trudne. Pokoje przydzielone, rowery schowane w garażu, możemy się rozgościć. Miejscówka jest doskonała – apartamenty przestronne, na zewnątrz leżaki, P5210238 P5210146 góry z każdej strony i nic nie zasłania widoków, z radością idziemy obejrzeć miasto a potem leniuchujemy do późnej nocy słuchając muzyki w wykonaniu elektronicznym i gitarowym „zabezpieczonym” przez Rafała.

Niedziela wita słońcem więc ruszamy w pierwszą trasę – na Panarottę, gdzie w 2014 roku kończył się etap Giro d`Italia. Długi podjazd przerywamy w Vetriolo na uzupełnienie płynów i dojeżdżamy na parking na wysokości 1765 m, gdzie kończył się etap. Wyżej już prowadzi szutrówka, która wyprowadza pod szczyt, dosyć brzydko zabudowany konstrukcjami przekaźnikowymi. Ostatnie metry po schodach i kamieniach robimy bez rowerów P5210157 P5210177 P5210188 P5210201 P5210207 i możemy podziwiać panoramę z wysokości 2002 m. Dalej jedziemy szutrówkami, których tu jest dużo, zatrzymując się dosyć często na sesje foto i chłoniemy widoki. Już wracając robimy dłuższy odpoczynek przed jakąś knajpką wysoko w górach w przekonaniu, że teraz już będzie tylko w dół. Rozleniwieni powoli ruszamy a tu niespodzianka – nie dość, że podjazdy to jeszcze dwa solidne odcinki z buta, które sprawdzają naszą psychikę. Egzamin zdany :). Pełni wrażeń i pięknych widoków kończymy dzień przy grillu mają przed oczami następny wielki cel – Cima Vezzena (1908 m) położony dokładnie naprzeciw naszych okien. Wynik tego dnia – 45 km, 1880 m przewyższeń.

Następnego dnia jedziemy obejrzeć jezioro a potem wśród winnic i sadów do Pergine Valsugana z górującym nad nim zaP5220281mkiem, P5220278

który oczywiście zdobywamy w siodle i w nagrodę raczymy się drogim ale za to małym browarkiem w zamkowej restauracji.    Po zjeździe ładnym singielkiem wracamy ścieżką rowerową nad jeziorem Caldonazzo, nie odmawiając sobie lodów. W dolinie jest dużo sadów i winnic, wśród których wiją się asfaltowe, równiutkie ścieżki rowerowe; jazda nimi jest samą przyjemnością – gładko, płasko i szybko – trzeba tylko uważać na innych rowerzystów bo ruch jest czasem spory.

Dzień ulgowy więc wynik też taki: 37 km i 496 m.

Wtorek przeznaczamy na Vezzenę. Podjazd wprawdzie asfaltem ale droga jest wąska, kręta i  eksponowana, więc jazda jest ciekawa. Niestety dzisiaj czekają nas niemiłe niespodzianki – restauracje i schroniska – oznakowane drogowskazami oraz zaznaczone na mapie są zamknięte na głucho i musimy się obyć smakiem. Na szczęście za Monte Rovere jedziemy już szutrówką, która malowniczo meandrując przez las nagradza w ten sposób suchość w pyskach i wyprowadza do podnóża kopuły szczytowej. Słońce mocno grzeje ale nie ma upału a ponadto mamy dużo cienia w lesie, więc jazda jest przyjemna. Zieleń wokoło jest w pełnym rozkwicie, czujemy się jak w tropikach wyobrażając sobie tylko, jak sucho tu będzie w sierpniu. Trochę szukamy szlaku na szczyt, gdyż ten okazuje się niepozorną, zarośniętą i kamienistą odnogą głównej drogi. Jest dosyć stromo, koła buksują w luźnych kamieniach ale da się wjechać prawie na sam szczyt. A tam wrażenie robią pozostałości fortu austro-węgierskiego z czasów pierwszej wojny. P5250510 P5230385 P5230394  Zresztą drogi, którymi jechaliśmy też pochodzą z tamtych czasów i nie raz widzieliśmy wydrążone w skałach groty służące żołnierzom za schronienie. Panorama z góry jest niesamowita a my pomału przyzwyczajamy się do tych widoków bo nie można w nieskończoność wydawać „achów” i „ochów” chociaż cały czas się chce. Zjeżdżając inną trasą natrafiamy nareszcie na czynną restaurację co zdecydowanie poprawia wyschnięte już na wiór humory. Po małym obiedzie rozdzielamy się i ze Sławkiem i Andrzejem wracam dłuższą trasą – przez Bertoldi-Lavarone. Pieszy szlak, którym zjeżdżamy do Caldonazzo okazuje się największym przeżyciem tego tygodnia. Początkowo szeroka droga zamienia się w wąską ścieżkę wijącą się nad przepaścią. Ścieżka jest prawie cała przejezdna ale emocje są przy tym ogromne – wyobraźnia podpowiada rezultat utraty równowagi czy obsunięcia koła na pochyłym zboczu, do tego widoki powalają a tu trzeba się skupić na jeździe. P5230421 P5230434

Do tego dochodzi jeszcze noszenie rowerów po schodach w najbardziej eksponowanych miejscach i mamy pełen obraz. Nie, tego nie da się opisać, to trzeba przeżyć. 54 km, 1819m

Następny dzień przeznaczamy na zwiedzanie Wenecji. To zaledwie 150 km stąd więc dojazd nie jest długi. Z parkingu płyniemy do centrum tramwajem wodnym a potem niespiesznie łazimy po mieście podziwiając starą zabudowę i zręczność gondolierów lawirujących w ciasnych kanałach. Tutaj oczywiście wszystko jest droższe (jakby gdzieś indziej we Włoszech było tanio) ale nie odmawiamy sobie obiadu z degustacją wina w restauracji na kanałem la Grande, a co!

Czwartek czyli czwarty dzień jazdy, więc czwarty kierunek – wschód.  Początek to wspinaczka szutrówką poprowadzoną przez ścianę tak, że nie sposób się domyślić jakiejkolwiek drogi. Wjeżdżamy na prawie 1000 m leśnymi, czasami bardzo stromymi ścieżkami a potem czeka nas długi zjazd dolina Val di Sella do Borgo z (jakby inaczej) widokiem na góry i dolinę. Robimy przerwę na uzupełnienie płynów w restauracji Al. Legno, która zdobywa pierwsze miejsce w naszym rankingu – tanio, smacznie i przemiła obsługa. W Borgo podjeżdżamy na zamek wymagającą kamienistą dróżką, jednak obiekt, chociaż pięknie położony jest zamknięty. Wynik dnia 41 km i 1095 m przewyższeń.

W piątek – ostatni dzień we Włoszech postanawiamy powtórzyć Panarottę, tym razem inna trasą. Jest dużo chmur, nawet robi się zimno ale około południa przejaśnia się i wychodzi słońce. Targamy nasze montbajki na szczyt i z niego zjeżdżamy dość stromą ścieżką na przełęcz La Bassa a za nią podjeżdżamy na następną górę – M.Fravort Sud (2038 m). Niedużo tego podjazdu za to dużo pchania bo robi się stromo. Potem już można jechać ale szału nie ma bo ścieżka jest wąska, eksponowana i pod górę, więc każdy większy kamień przeszkadza. O wiele lepiej jest w odwrotnym kierunku, co sprawdzamy wracając ze szczytu. P5260565 P5260595 P5260602

Zdobywamy najwyższy punkt do jakiego w tym tygodniu dotarliśmy i następny potencjalny cel odpuszczamy, gdyż ochota na wciąganie rowerów na główny wierzchołek Fravorta zdecydowanie nam minęła. W tym dniu wyszło 45 km i 1743 m pod górkę. Wystarczy.

To był bardzo udany wyjazd, Dopisało wszystko: kwatera, pogoda, góry, trasy i towarzystwo. I jeszcze wypożyczony samochód spisywał się bez zarzutu. Gdy pisząc tą relację wracam myślami do Tamtego tygodnia wiem, że jeszcze do Trentino wrócę. Rafał, Sławek, Basia, Joasia i Andrzej – dziękuję Wam za wspólnie spędzony czas w dolinie Valsugana.

Tu więcej zdjęć   https://goo.gl/photos/xZVyAULQR4ypqEsw9

3 comments for “Levico Terme – tydzień w południowych Dolomitach

  1. Lechu
    Lechu
    8 czerwca 2017 at 10:35

    Nie wspomniałem o Basi i Joasi, które wniosły swój dobry humor i wykazały wielki hart ducha na dłużących się czasem podjazdach, Nie mówiąc już o pysznych kanapkach :)

    • Joasia
      1 lipca 2017 at 23:02

      Dziękuję całej naszej Paczce za cudowne 7 dni☺Do szybkiego zobaczenia na trasie :)

  2. Stanko
    9 czerwca 2017 at 21:59

    Jak zwykle wasze wojaże, a i opisy, zapierają dech w piersi. Nie wspominając o liczbach.
    Aż by się chciało dołączyć, ale skąd wziąć tyle energii!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close