Karol jedzie !!!

 

    Po tygodniu dołączyliśmy do reszty rodzinki i oddałem się hedonistycznym uciechom. Pagórkowaty teren, ścieżki wokół jezior, wspaniałe lasy z jagodowymi polanami zapraszały i nie sposób było z zaproszenia nie skorzystać. Średnio wyszło mi ok. 40 km dziennie. Może to i niedużo, ale musicie pamiętać, że miałem jeszcze dodatkowe obowiązki (WKS)*.

 

    Dwa tygodnie urlopu jednak szybko minęły i znów w głowie zabłysła czerwona lampka z napisem „START – MARATON ŚWIERADÓW”. Mimo że małżonka kusiła stekiem z grilla, sałatką szopską, opalonym ciałem, osobnym domkiem tylko do naszej dyspozycji nie pękłem…

 

    W piątek odpaliłem swoją Carinkę i wyruszyliśmy na podbój Świeradowa. Po drodze wstąpiłem po błogosławieństwo do swej ukochanej teściowej i w sobotę wraz z serdecznym mym przyjacielem Grzegorzem ze Strzegomia wyruszyliśmy. Na miejscu byliśmy wcześnie, więc spokojnie mogłem przygotować się do startu. Lubię te chwile bezpośrednich przygotowań, lubię patrzeć, jak ludziska wyciągają te swoje ukochane „maszynki do świerkania” z samochodów, mieszają magiczne mikstury, którymi uzupełniają później bidony. Lubię patrzeć, jak taksują swych konkurentów badawczym wzrokiem i mówią sobie w myślach „E, ten to chyba niegroźny. No, ale ten wycieniowany…”

 

    Na godzinę przed startem pojechałem się trochę rozruszać, najpierw uzupełniłem bidon, a potem oddałem nadmiar nagromadzonych w mym ciele płynów. Przy wodopoju spotkałem  Mateusza, zamieniliśmy kilka zdań i znowu pojechałem trochę pokręcić. W pewnej chwili dotarł do mnie głos DJ Maratona** nawołującego do startu. Przejechałem wzdłuż sektorów, szukając swego miejsca, dodałem otuchy Krzyśkowi, Piotrowi i Wojtkowi. Okazało się przy okazji, że mój sektor to nie ten z cyferką 1 tylko 7… Ale przynajmniej nie byłem tu samotny. Czekały już na mnie Basia i Anita, Sławek (zgadnijcie który), Artur i Mateusz. Artur niebawem się zmył, argumentując, iż wzywają go obowiązki prezesa. Na chwilę przed startem tradycyjnie żegnam się jeszcze ze wszystkimi*** i jadziem…

 

 

 

 

    Na pierwszej prostej dociera do mnie czyjś zdziwiony głos „Karol jedzie?!” No a niby co mam robić? Po kilkuset metrach rozumiem, dlaczego moja podświadomość ukryła obraz świeradowskiej trasy w najgłębszych zakamarkach mej pamięci. Przede mną ok. 10 kilometrów pod górkę. Jest szeroko, twardo, można by nawet powiedzieć przyjemnie. To coś dla mnie, myślę. Można stosunkowo łatwo wyprzedzać i być wyprzedzanym – sama radość. Pnę się więc mozolnie w górę. Dochodzę Anitę, Basię i Mateusza. Mateusz walczy jak lew, gubimy gdzieś dziewczyny i jedziemy koło w koło. Jak tylko o włos wyprzedzę Matiego, ten dostaje taki zastrzyk energii, że muszę oglądać jego drugą twarz. Motywujemy się tak wzajemnie aż do szczytu, potem Mateusz znika mi gdzieś w kurzu, kiedy skupiłem uwagę na moim tylnym kole.

 

 


Syndrom BMW


    Pana, guma, kapeć… Dopadło i mnie. Cóż, nie zastanawiam się długo. Schodzę z roweru, łapię za pompkę dopompowuję koło z myślą „Byle do bufetu”, który widzę jakieś 300-400 metrów przede mną. Powietrze uchodzi z koła jednak zbyt szybko, ponownie desant z rowerka i robię sobie przymusowy pit-stop. I dopada mnie syndrom BMW… Okazuje się, że zapasowa dętka nie dość, że również dziurawa to jeszcze do koła 28”. Śmieję się w duchu z siebie samego i rozglądam się za pomocną dłonią. Na prośbę o dętkę odpowiadają trzy osoby. Pierwsza użycza mi łatek, po jej odjeździe uświadamiam sobie, że akurat łatki to mi są potrzebne spragnionemu jak porcelana Rosenthala na pustyni. Druga zostawia mi dętkę z zaworkiem „presto”, moja pompka okazuje się nie przystosowana do tego typu zaworka. Trzecia próba jest udana… Przemiła osóbka z Berkner Team rozstaje się bez skrupułów ze swym zapasem.

 

    Wymiana idzie szybko (oczywiście jak na osobę „manualnie sprawną inaczej”). W międzyczasie wymijają mnie, jak mi się wydaje wszyscy… Basia, Anitka oraz wszyscy „przyjaciele i znajomi królika”. Dojeżdżam do bufetu, szybki łyk Izo Plusa i nacieram dalej…  Tuż za bufetem dopada mnie pierwszy z „gigantów”. Dopiero po przekroczeniu rzeczki dociera do mnie, że to dopiero 10 kilometr, a już mnie dublują. Teraz z kolei powietrze schodzi ze mnie… No, cóż – mówię sobie – kiedyś trzeba przyjechać ostatnim. Coś szepcze mi do ucha „Jedź na mini, jedź na mini…”. Górę bierze jednak moja przekora i przedsezonowe założenia, które mówią wyraźnie, że jeżdżę na mega. A poza tym to dopiero 10 (no może 12 kilometr, jest szansa, że jeszcze kogoś dojdę. Mam na to jeszcze jakieś pięćdziesiąt kilometrów. No i co by powiedziało moje wąskie grono fanów?

 

    Dociskam więc i ciągnę nowe pedałki i już niebawem doganiam Tomka (jego żona Joasia robi konkurencję FotoMaratonowi Laughing). Łatwo poszło! Już nie będę ostatni! Tomek jednak szybko gasi moją radość, oświadczając, że nie najlepiej się czuje i odbija na mini. Znów pedałuję jako ostatni – c’est la vie. Klnę szpetnie pod nosem, kieruję pod swoim adresem kilka uszczypliwych uwag i napieram. Nadzieja na przemian umiera, to powstaje jak feniks z popiołu. Dzieje się tak, gdy kogoś doganiam a ten „ktoś” okazuje się „zawodnikiem”, ale bez numerka :) .

Cieszy mnie jednak, że tylu ludziom chce się wsiąść na rower i pomęczyć.

 

    Kiedy kolejny „turysta” okazuje się mieć numerek, dziękuję tym wszystkim „beznumerkowcom” na trasie, których goniłem. W dużej mierze dzięki nim udało mi się kogoś dogonić. Jednak moje M4 przy M6 mojego nowego partnera, przyznacie, wygląda blado i mało imponująco. Czuję zew krwi… Wyznaczam sobie nowy cel – dogonić kogoś z kategorii poniżej M5. I udaje się! Schodzę do M3. Czas na nowe wyzwanie…. Zakładam sobie, że miło by było wyprzedzić jeszcze jakąś przedstawicielkę płci pięknej.

 

    Kiedy na ostatnim podjeździe (ten charakterystyczny, który oglądany z poprzedzającego wierzchołka wyglądał na prawie pionową ścianę) dostrzegam, że ktoś podprowadza pod wierzchołek rower. Ktoś w spodenkach nieprzystających do prawdziwych ścigających się mężczyzn, ktoś o kształtach nieco bardziej zaokrąglonych, to wiem, że los spełnia moje życzenie i daje mi szansę. Ostatkiem sił wdrapuję się na szczyt, dzięki Bogu do mety już tylko zjazd. Pruję więc powietrze jak żółto-zielony parowóz, z każdym metrem nabierając prędkości. Mijają mnie co prawda jeszcze ze trzy czy cztery pośpieszne, ale one nie są już ważne. Najważniejsze jest, że już nie muszę się domyślać kształtów, które umykają przede mną. Z bliska okazują się całkiem powabne, ale pozostaję nie ugięty. Dojeżdżamy do końca asfaltu przed nami jeszcze techniczny single track. Moja towarzyszka na samym początku zalicza upadek. Dopytuję czy nic się nie stało, wszystko jest OK, więc biegnę na złamanie karku korytem strumienia w dół. W miejscach gdzie czuję się na siłach, zjeżdżam. Jeszcze parę metrów po asfalcie i META.

 

 

 

 

    Jestem zmęczony, szczęśliwy, a jednocześnie nieco rozczarowany. Szczęśliwy, bo dojechałem, bo udała się zrealizować zaimprowizowany plan, rozczarowany, gdyż mogło być znacznie lepiej. Świeradów to maraton wymarzony dla mnie. Bez trudnych technicznych zjazdów, pełen „leśnych autostrad”. Cóż, może w przyszłym roku będzie lepiej? Na pewno spróbuję…


* WKS – Wino, Kobiety i S…

** DJ Maraton – nasz maratonowy konferansjer

*** to, że żegnam się ze wszystkimi na starcie, wynika nie z mojego defetyzmu, ale z faktu, iż w chwili, gdy dojeżdżam na metę, większość jest już w drodze do domu lub nawet w domu przy kolacji  Laughing


Karol


Wyrazów:1216, znaków:7867

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close