image

Jeszcze raz Majorka

No to jedziemy. Tym razem zmiana, nie rowery górskie lecz szosa. Nie
kilkanaście godzin jazdy busami lecz dwie i pół
godziny lotu z Berlina i jesteśmy u celu. Majorka z okna samolotu prezentuje się wspaniale. Góry, morze i słońce, to wszystko już za chwilę będzie do naszej dyspozycji. Lecz zanim znaleźliśmy się w samolocie, było troszkę nerwów. Wszystko przez moje gapiostwo. Pomyliłem zjazd z autostrady, na lotnisko dojechaliśmy w ostatniej chwili. W hotelu powitanie lampką wina, procedury meldunkowe i już spoglądam z balkonu na morze, pięknie. Mamy jeszcze sporo czasu, więc całą grupą meldujemy się  w wypożyczalni po rowery. Tam profesjonalne pomiary w celu optymalnego dopasowania roweru, odbiór pakietu startowego z bidonami, batonami,
mapą Majorki i możemy ruszać. Nasz gruppenleiter Radek „ ojciec „ całego
przedsięwzięcia proponuje krótką trasę po okolicy. Jesteśmy ciekawi Majorki ,więc chętnie ruszamy , zwieńczeniem trasy jest około sześciokilometrowy podjazd na wzgórze o nazwie Puig de Randa. Wygasły wulkan wznosi się nad okolicą  na wysokość ponad pięćset metrów. Pierwsze koty za ploty, początek podjazdu stromy.
Nachylenie drogi sięga nawet ośmiu procent, ale cieszymy się mogąc w końcu „sprawdzić nogę” na podjeździe.

Na górze meldujemy się z Andrzejem za Radkiem i Lukasem. Profi nie dali nam szans.To nic, przecież to nie wyścig lecz wycieczka. Kilka chwil po nas, na szczycie melduje się Madzia, która zdecydowała się „zaliczyć” Randę. Kilka fotek i szybki zjazd na spotkanie reszty grupy. Zjazd daje mnóstwo frajdy, na prostych tworzymy „pociąg” idąc po zmianach. Nie udało się połączyc z pozostałymi członkami wycieczki.
Jakoś trafią do hotelu, wszak Majorka nie jest przecież taka duża😜
https://connect.garmin.com/modern/activity/1106501005
Pierwsza traska zaliczona, rowery wiszą w przechowalni, a my po kolacji rozmawiamy o tym co było, i tym co przed nami.

Dzień drugi

Przekleństwo XXI wieku- smartphone, w każdym min. cztery apki z prognozą pogody. A te informują, że będzie wiało i lało (rym) 😃 Zamiast na rower, spacer do Palmy. Po drodze ” zwiedzanie ” bike shops i Kava😜 jako, że do zabytkowego centrum mamy dwanaście kilometrów i właśnie zaczęło padać, miast deptać, jedziemy dusznym MZK.
W strugach deszczu dobiegamy do Katedry, po jaką cholerę się tu pchałem?
Ania i Madzia ubrane prawie na deszcz, odstały troszkę w kolejce po bilety, choć za kołnierz się lało. Dzięki. A Katedra? Piękna wewnątrz i z zewnątrz lecz… nie w taki dzień. Może innym razem.

Dzień trzeci

Nareszcie będzie jazda 🚴🏻 lecz nie dla wszystkich, część z nas różne choroby przyszpiliły do łóżka 🤒 i nie tylko 😷
W okrojonym składzie ruszamy promenadą do centrum Palmy. Odnalezienie dworca kolejowego sprawiło nam nie lada problem, chyba pytaliśmy niewłaściwych osób. Na dodatek schowano go pod ziemią😁 Udało się, jesteśmy w pociągu, kierunek Llosetta. Pół godziny jazdy umilją widoki za oknem i pilnowanie rowerów przed niechybnym przemieszczaniem się po wagonie. Nasz dzisiejszy cel to Port de Sa Calobra. Fotki na googlu rozpaliły apetyty na pyszne widoki, ale też pokazały, że będzie ostro pod górę. Llosetta wita nas słońcem. Szybko dosiadamy rumaków ze stajni Huerzeler i ruszamy pod górę. Skład prawie taki sam jak pierwszego dnia z wyjątkiem Lukasa ,którego coś zatrzymało w hotelu🤔 Przed nami około czterdziestu kilometrów do celu dzisiejszej wycieczki i takie smaczki jak przełęcz Coll dels Reis ( 682 npm ). Co chwilę spotykamy kolarzy, głównie cisnących jak my, pod górę. Im wyżej, tym zimniej. Jakie to odkrywcze😒 szczerze? Liczyłem na lepszą pogodę. Na pierwszej przełęczy zakładam kurtkę, tym bardziej, że w poprzek drogi często płyną strumienie skutecznie mocząc nam tyłki. Radek nadaje tempo. Ufff. Co ja robiłem całą zimę? Pewnie za rok będzie staranniej dobiearał squad na Majorkę😜
Mocno zgrzany zdobywam Coll dels Reis. Kilka fotek i zaczynamy zjazd do portu. Widoki są fenomenalne, droga wije się pomiędzy skałami jak ogromny wąż. Jechać, czy chłonąć widoki? Oto jest pytanie. Radek nie należy do miłośników fotografii, więc pomknął jako pierwszy. Ja nie mogłem się oprzeć i strzelam fotki co zakręt. Będzie co wspominać zimą przy winku z Binissalem (polecam ). Dziesięć kilometrów zjazdu wprawia w euforię, tylko ten powrót… Jest morze, piękna zatoczka, widoki jak z bajki.
Obowiązkowe foty i posiłek, hotelowe bułki smakują jak obiad u Fukiera. Pora wracać. Przed nami długa wspinaczka (10 km) o średnim nachyleniu 7%. Będzie czas na podziwianie widoków. Tak mi się przynajmniej wydawało, a była ciężka orka pod górę i sporo wylanego potu. To dobra okazja na sprawdzenie nogi, nie tylko my wracamy, więc można włączyć tryb ścigania. Warto było się pomęczyć. Powrót na przełęcz mija dosyć szybko. Chyba nawet kogoś wyprzedziłem💪 choć pewności nie mam.
Jeszcze około sześćdziesiąt kilometrów i będziemy w hotelu. Powrót pociągiem nie wchodzi w grę. Zmęczeni, lecz dumni z wyniku. To był kolejny udany dzień.
https://connect.garmin.com/modern/activity/1108817193

Dzień czwarty. Trzeba pochłonąć odpowiednią ilość kalorii, przed nami następna „setka” 🍹i to nie w ballermanie nr. 6 – tylko na szosie. W planach wycieczka wokół komina😜 Tj. zwiedzanie okolicznych miasteczek. Koledzy już tędy kręcili, więc wiemy którędy jechać. Przynajmniej tak nam się wydaje. Plan trasy bliżej nieokreślony, krystalizuje się w trakcie jazdy. Jedziemy do Petry na kawę, czy co tam kto lubi. Po drodze widoki jakie znam z hiszpańskiej Vuelty. Bo choć to nie kontynent, krajobrazy podobne. Docieramy na miejsce, tam „opada mi kopara” .Tylu kolarzy w jednym miejscu nie widziałem nigdy. Vuelta stanęła na kawkę ? 🚴🏻 Rynek to dwa place połączone wąskim przejściem, na jednym, w centralnym punkcie pomnik zakonnika który zakładał pierwsze misje w Kalifornii. Piękne miasteczko ze wspaniale zachowaną średniowieczną architekturą. W takim miejscu miło usiąść i chwilkę odpocząć. Noga „zasnęła” a tu trzeba jechać dalej. Kolejny przystanek Sineu, tam ponoć jest targ. Taki swojski, wiejski z całym tego dobrodziejstwem. Niestety, nie mamy szczęścia, to nie ten dzień. Ale i tak jest ładnie. Piękny stary kościół, wąskie uliczki i klimat. Jedziemy dalej, wracamy do hotelu. Jeszcze zostało trochę kręcenia, trzeba się troszkę napocić na powrocie. Kolejne sto kilometrów w nogach, widoki warte zapamiętania i super towarzystwo. Wspaniały dzień.

https://connect.garmin.com/modern/activity/1110131714

Ten kolejny to już orgia… Ale po kolei. Cel 🔫 Cap Formentor. Koniecznie zobaczcie grafiki Google. Uwielbiam takie widoki, jeśli jeszcze do tego mogę cieszyć się nimi
z pozycji siodełka, to cóż mi więcej potrzeba. Ale zanim rozpoczniemy tę wspaniałą przygodę, jest promenada, ichnie PKP i kilkadziesiąt minut w pociągu. Z przesiadką zresztą, której omal nie przegapiliśmy. Tylko dzięki konduktorowi nie wracamy do Palmy. To byłby obciach. Zaczynamy w Sa Pobla. Kierunek Port de Pollenca, tam zaczyna się podjazd, nie jest jakiś szczególnie ostry. Poniżej dziesięciu procent, to nie robi już na nas wrażenia. Ostro wieje, lecz na podjeździe to nie jest problemem. Docieramy do pierwszego punktu widokowego. Jak tu nie „pstrykać” kiedy wszyscy stoją jak wryci. W Jesenikach tego nie zobaczycie, zaręczam. To Mirador Es Colomer

Jest wysoko, przed nami zjazd, kolejne kilometry i widoki. Tu muszę wspomnieć o Ani. Pierwszy raz „kręci” takie trasy i wszyscy jesteśmy pod wrażeniem jak daje sobie radę. Brawo! Jedzie przed nami w kierunku formentora. Jeszcze raz stajemy na trasie by robić zdjęcia. Nie jesteśmy sami, ta trasa ma mnóstwo fanów. Po drodze jest też tunel. Ciemno, że oko wykol. Zjazd tędy będzie emocjonujący. Jestem już lekko zmęczony, delikatny podjazd a ja ledwie daję radę. Jest szczyt wzniesienia i widok na najbardziej wysunięty na północ skrawek Majorki. Pięknie ,tyle że ostro w dół do morza i latarni morskiej. Myślę o powrocie i przechodzą mnie ciary. Już teraz czuję się słaby, a tu jeszcze tyle pod górę. Cóż, być tu i nie dojechać tych kilku kilometrów w dół to zbrodnia. Lecimy do latarni, tam czeka na nas Ania. Jak zwykle posiłek, fotki, chwila oddechu i… wracamy. O dziwo odzyskuję siły, trochę jestem zdziwiony gdy na podjeździe wyprzedza mnie siedemdziesięcioletni kolarz. Ma „elektryka” jest więc dla nas nadzieja na starość. W tunelu mam szczęście, drogę oświetla mi auto. Jadę za nim i cieszę się, że coś widzę. Na Mirador Es Colomer zbieramy się w grupkę i zaczynamy szaleńczy zjazd, teraz już nie ma żartów. Wieje tak, że na wyjściu z zakrętu prawie mnie przewraca, jak to dobrze, że nie schudłem bardziej przed wyjazdem😜 Do pociągu docieramy grubo przed odjazdem. Jeśli ktoś zapyta czy warto tam jechać? Czy bym tam wrócił? Dwa razy tak!

https://connect.garmin.com/modern/activity/1112758741

I znowu mamy dzień przerwy. Prognozy były takie, że nie zdecydowaliśmy się wyjechać. A może trzeba było odpocząć? W każdym bądź razie ruszamy w miasto.
Na promenadzie kolarzy całkiem sporo, więc jednak chcieliśmy odpocząć. Oceanarium w Palmie to nie lada gratka. Ryby, rafy, kawałek tropikalnej dżungli
akwaria tak ogromne, że mieszczą kilka dużych rekinów. Mamy też okazję oglądać karmienie ogromnych Muren.

Przed jednym z akwariów mamy zabawną sytuację. Coś dziwnie pachnie ( mało powiedziane ) a mały człowieczek idzie jakoś dziwnie szeroko. Swoista ścieżka zapachowa wzbudza nasze mało wybredne komentarze. Wtem rodzice tego obesrołka ( wybaczcie, ale musiałem to napisać ) 😂 mówią ” trzeba zmienić pampersa ” Rodacy ! Jak miło, musimy uważać co mówimy, nawet tak daleko od domu. Reszta dnia, to muszelki na plaży i sklepy. W rowerowych można dostać oczopląsu. Oglądam spodenki z myślą o długich dystansach na szosie. Mają takiego pampersa, że niejeden obesrołek ( znowu to zrobiłem ) 😂 by mi pozazdrościł.
Jednak cena 180€ skutecznie mnie zniechęciła. Teraz żałuję.
Odpoczynek się przydał. Jutro „kręcimy” ostatni raz.

I nadszedł ostatni rowerowy dzień na Majorce. Plan jest prosty, wprzódy Bunyola,
a potem… się zobaczy. Ruszamy. Słoneczko już ostro grzeje ,więc stajemy nieco zrzucić garderoby. Basia trochę się mazgai i grupa nam odjeżdża. Jakoś ich dogonimy. Niestety, lekki podjazd i przedni wiatr robią swoje. Gdzieś skręcili.
Telefon od Radka nie pomaga. Ustalamy, że dojedziemy sami do Bunyoli. Wyjmuję mapę i… gdzie ja jestem? Jest mało szczegółowa. Lecz od czego jest elektronika,
dzięki chłopaki. Gary i Min wymyślili sprzęt, a ja wpisuję w mojego Garmina
Bunyola i jedziemy. W tym przemiłym miasteczku spotykamy część naszej grupy w knajpce. Reszta dalej nas szuka😄 Stoliki stoją dosłownie na ulicy, kawka, przekąska i kilka fotek. Debata dokąd jechać dalej i w jakim składzie trwa dobre pół godziny. Znowu się dzielimy. Basia, Lukas i ja wybieramy łatwiejszą trasę do miasteczka Orient i Alaró. Reszta rusza do Port de Sóller. Jest zdecydowanie bardziej wymagająca, dłuższa i z ostrymi podjazdami. My spokojniutko ruszamy pod górę, mamy cały dzień na tą traskę. Te góry to : Serra de Tramuntana. Do Orientu trzeba nieźle się napocić,
ale było warto. Kilka domów z kamienia to cały Orient, ale to położenie. Okolica bajeczna. W Alaró planujemy kolejny przystanek na kawę i posiłek. Mały rynek, piękny kościółek , warto spocząć i cieszyć się tym dniem. Jeśli ktoś tam jeszcze pojedzie, moja rada to jechać w przeciwnym kierunku Alaró➡️Orient➡️Bunyola. Najpiękniejsze widoki będą na podjeździe z Alaró. Ja musiałem cały czas stawać i robić zdjęcia na zjeździe. Reszta trasy to już dojazd do Palmy i kilka kilometrów promenadą. Setka musi być. Zdajemy rowery i to już koniec.

https://connect.garmin.com/modern/activity/1115631844

Chociaż nie. Basia ma dziś urodziny. Jest wino musujące (zwane przez niektórych szampanem) od hotelu. To miły gest, lecz jeszcze milsze jest „sto lat” wyśpiewane całą grupą. Piękny landszafcik z podpisami całego towarzystwa i dwie malutkie filiżanki do kawy ręcznie malowane. Dzięki.

A, jeszcze to lądowanie w Berlinie😡 wysiadając z samolotu powiedziałem:
” €¥&#@ więcej do tego nie wsiądę”
Serdecznie dziękuję wszystkim za miłe towarzystwo. A Radkowi za trud włożony w
przygotowanie całego przedsięwzięcia. I pomyśleć, że o mały włos zostalibyśmy
w Berlinie.
Sławek

7 comments for “Jeszcze raz Majorka

  1. R
    20 maja 2016 at 14:59

    Niezła reklama Majorki, przekonałeś mnie, za rok jadę😉

    • Sławek Michalik
      Sławek Michalik
      20 maja 2016 at 19:05

      I bez tego byś pojechał!

      • R
        20 maja 2016 at 20:05

        Nie wiem, kiedyś musi być koniec. Chciałbym pojechać w inne góry.
        Ale jak się zbierze ekipa to chętnie bym pojechał jeszcze raz!

  2. Sławek Mędrecki
    Sławek Mędrecki
    20 maja 2016 at 20:13

    Dwie relacje a do radia nikt nie chciał….
    Muszę zarezerwować sobie wieczór aby wszystko przeczytać 😉

  3. Magda
    23 maja 2016 at 22:45

    Aż łezka w oku się kręci… Było super :)

  4. Lechu
    Lechu
    24 maja 2016 at 12:47

    Czytam ten opis i czuję, jakbym tam był. No, prawie, chyba jednak coś straciłem :(
    Tak sobie myślę, jakby na przykład w Gogolinie do pociągu miało wsiąść kilka – kilkanaście osób z rowerami to mieliby problem. Na Majorce jakoś sobie z tym radzą?

  5. Lukas
    25 maja 2016 at 23:20

    No, Sławciu, na taką relację warto było czekać . Gratuluję. Coś mi się zdaje, że w przyszłym roku znowu będziemy kręcić po Majorce w szerszym gronie. Jest jeszcze parę ciekawych tras do zaliczenia …

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close