foto2

Ičici – czyli… MTB w Chorwacji

image
A zaczęło się tak. Pewnego jesiennego wieczoru, zostaliśmy zwabieni
przez kolegę Leszka na małą uroczystość. Okazja nie byle jaka ale nie
o tym miałem pisać. Kiedy już atmosfera się rozluźniła, Leszek
przypuścił atak. Na to co usłyszeliśmy nie byliśmy gotowi, On był.
Powiedział ” jedziemy do Chorwacji ” jednocześnie pokazał film
o trasach Mtb na Istrii. Cóż, okoliczności nie pozwalały na zbytni
opór, choć Chorwacja jaką znam z Dalmacji nie zachęcała do wyjazdu.
Potem było jeszcze kilka spotkań w poszukiwaniu kwatery i ustalaniu
innych detali. Wyprawa zapowiadała się okazale, piętnaście osób, tyle
samo rowerów, dwa busy. W dniu wyjazdu jak zwykle nerwy, sprowadzenie
busów, montaż bagażników dachowych itp. czynności. Spotykamy się jak
zwykle u mnie o godzinie 24:00
Jeszcze tylko dziewięćset kilometrów, pięć krajów i jesteśmy na
miejscu. Nie obyło się bez problemów, skutkiem czego wyjazd opóźnił
się o dwie godziny i straciliśmy dwóch członków eskapady.
Pogoda po drodze nie rozpieszczała, lało niemiłosiernie. Ostatnie
kilometry zwiastują jednak, że zbliżamy się w rejony, gdzie latem
tłumy rodaków wylegują się na plażach.
Jako, że jest już popołudnie, pozostaje udać się nad morze a jest
naprawdę blisko. Stojąc nad brzegiem, spoglądam za siebie a tam góry.
Zaczynam wierzyć w to co mówił Leszek, nie będzie łatwo.

MAŁA – UČKA

UČKA : masyw w górach Dynarskich z najwyższym szczytem
Vojak – 1396 metrów n.p.m

Tak Leszek nazwał pierwszą trasę. O poranku śniadanie, ostatni
przegląd rowerów i cała grupa rusza w góry. Pierwsze kilometry
prowadzą wybrzeżem przez urokliwe miasteczka, których mieszkańcy
codziennie widzą to co nas zachwyca. Morze, góry i mnóstwo soczystej
zieleni.
Często robimy zdjęcia chcąc zachować jak najwięcej z tych obrazów.
Grupa liczy trzynaście osób, spora jej część mogłaby obdzielić
swoją mocą kilka osób i oni jadą przodem. Co jakiś czas czekają na
resztę grupy. Na jednym z takich postojów Magda zgłasza awarię,
zaledwie dwadzieścia kilometrów za nami a tu strzela szprycha. Problem
robi się spory, gdy podczas dokręcania reszty szprych, strzela następna
a przed nami szutry, kamienie i licho wie co jeszcze, decyzja może być
jedna, Magda wraca. Kiepski początek. Jedziemy dalej, początkowe kilka
procent nachylenia zmienia się w kilkanaście. To już nie przelewki,
góra wyciska z nas siódme poty. Jak dla mnie podjazd jest morderczy.
Wreszcie szczyt, tam już jest kilku naszych, podziwiamy okolicę
jednocześnie motywując kolejne osoby mozolnie połykające ostatnie metry
podjazdu. Każdy chce fotkę, bo miejsce naprawdę jest urocze, w oddali
morze a na wyciągnięcie ręki Vojak. To najwyższy szczyt w okolicy i
kierunek kolejnej wyprawy. Czyżby ??? Od czego mamy Leszka, ja jeszcze
dobrze nie uregulowałem oddechu i tętna a On już zmienia plany. Skoro mamy taki dobry czas, zdobywamy Vojaka. Gdyby mój wzrok zabijał…
Motywację zdobywam u dziewczyn z naszej grupy, One jadą. Ruszamy żwawo tylko czemu w dół? Piękny zjazd wśród łąk przywołuje wspomnienia z wypraw w Alpy.
Kilka chopek i docieramy do rozjazdu, w prawo do tytułowej Małej Učki, w lewo na
Vojaka. Nie wszyscy chcą się jeszcze męczyć ale ja jadę dalej w dół.
Docieramy do asfaltu. To koniec przyjemności zjazdu, zaczyna się
podjazd. Robimy krótką przerwę na posiłek i wio. Z tego miejsca podjazd
ma około sześciu kilometrów i średnie nachylenie sześć procent. Im wyżej, tym częściej możemy podziwiać panoramę okolicy. Znowu patrzymy na morze, w oddali widać
zabudowania Rijeki. Zbliżamy się do szczytu, mijamy przekaźnik
telewizyjny i wjeżdżamy na wąską szutrową ścieżkę. To ostatnie
kilkadziesiąt metrów podjazdu. Warto było. Odpoczynek na szczycie
sprzyja rozmyślaniom o ciężkim losie kolarzy. Miesiąc wcześniej tą
samą drogą podążał Maciej Paterski z CCC wygrywając królewski etap
Tour of Croatia, tym samym zostając liderem wyścigu. Raczej nie miał
czasu na podziwianie okolicy. Pozostało kilkanaście kilometrów zjazdu do Ičici.
Po długich godzinach na podjazdach pędzimy w dół na zasłużoną kolację.

Garmin zanotował – 62 km ➡️ 1720 m ⬆️
Ślad https://connect.garmin.com/activity/783434145

DO PROMU

Jesteśmy w Chorwacji, błoga sielanka ? Nic z tych rzeczy, wszak
poprzedniego dnia Magda straciła dwie szprychy. I tu krótki opis
działania chorwackich serwisów rowerowych. Wystarczył telefon, człowiek
kazał stawić się rano. To jeszcze da się zrobić tylko jak to
pogodzić z planami reszty grupy? Dziś wycieczka ma trzy etapy.
Tytułowy – do promu, po wyspie Cres i powrót dla chętnych na rowerach a
dla zmęczonych busem. Od czego jednak są koledzy. O poranku część
ekipy jedzie kilkanaście kilometrów do serwisu, życzliwy mechanik od
razu zabiera się za koło.
Czas nagli, prom nie będzie czekał. Gość zna się na kolarstwie i
ochoczo gawędzi przy pracy, rozumie powagę sytuacji. Okazał mnóstwo
życzliwości i w ekspresowym tempie koło było sprawne. Co ciekawe, skóry
nie zdarł. My tymczasem w dwóch grupach jedziemy pod wskazany przez
Leszka adres tj. do Brestovej na przystań promową. Do pokonania mamy
około trzydziestu kilometrów i prawie czterysta metrów w pionie.
Wczasy nad morzem, za którym nie przepadam mam zaliczone, jedziemy
wzdłuż wybrzeża. Naprawdę jest co oglądać. Śródziemnomorski
krajobraz sprawia, że jazda po szosie jest przyjemna. Skręcamy do promu
i… dosłownie spadamy w dół. W oka mgnieniu tracimy prawie dwieście
metrów. Chętni do powrotu „na kołach” muszą się liczyć z
tym podjazdem. Dojeżdża druga grupa, pozostaje nerwowe oczekiwanie na
busa. Są, zdążyli w ostatniej chwili. Prom otwiera swe przepastne
wnętrze, osobówki, kampery, motory i my. Dziesięć minut i płyniemy.
Dwadzieścia minut rejsu i jesteśmy na wyspie Cres. Nie może być
inaczej, przed nami kilka kilometrów podjazdu. Cres to trochę inny
świat, jest cicho wręcz pusto. Roślinność też uległa zmianie,
dominują sosna i dąb. Wyspa słynie z czystego powietrza, pochłaniamy je
łapczywie dzięki trasie wyznaczonej przez Leszka. Wjeżdżamy do lasu,
nareszcie szutry. Droga kluczy i zmienia kierunki omijając kamienne murki
stanowiące granice poletek i pastwisk dla kóz i owiec a także
zapobiegające erozji ziemi. To najlepsza część wyprawy. Nie wszyscy
podzielają moje zdanie. Zaczyna padać, trafiamy na trudny techniczny
zjazd. Tu Rajmund zalicza glebę, na szczęście niegroźną. Tak bywa,
jest analiza przyczyn upadku, jest nauka. Następnym razem
„przefrunie” po takim zjeździe. Jeszcze trochę szutrami i znowu
asfalt. Jak dla mnie jest go trochę za dużo. To punkt zwrotny wyprawy,
dzielimy się na dwie grupy. Jedna jedzie zwiedzać miasteczko,(ostro w
dół)lenie w tym ja, wracają inną drogą do promu. Jak zwykle jest co
oglądać, całe zbocza wyspy porasta szałwia, która właśnie kwitnie.
Połowa wyspy jest tak ozdobiona. Jesteśmy już trochę zmęczeni, na
jednym z postojów Basia znajduje dwa ogromne żołędzie. Porównuje je
do… kul bilardowych? Są naprawdę duże. Nad naszymi głowami
krążą sępy płowe, które instynktownie czują, że daleko nie
zajedziemy? Poniosło mnie. W rzeczywistości nie było nam dane
zobaczyć tych rzadkich ptaków, żyjących na wyspie.
Nasza grupka jeszcze raz się dzieli. Radek z Rajmundem chcą jeszcze
pojeździć. Nasza trójka zdecydowanie chce wracać, tym bardziej, że nad
wyspą zbierają się chmury z których coś spadnie, pytanie tylko ile
tego będzie? Deszcz dopada nas na zjeździe, robi się troszkę chłodno.
W Porozinie kupujemy bilety powrotne na prom.
Na przystani jest kilka barów, mały posiłek nie zaszkodzi tym bardziej,
że wracamy na kołach. Cały czas lekko kropi, czas się zaokrętować.
Ruszam i przy wjeździe na prom… zaliczam glebę. Ostatnie co
zapamiętałem zanim potężny ból dał znać o sobie, to moje podejrzliwe
spojrzenie na mokre stalowe rurki zatopione w nabrzeżu. Analizuję
przyczynę rozcierając obolałe powiedzmy…plecy. Następnym razem,
poprowadzę rower po czymś takim. Tymczasem na przystani panowie R R
troszkę się zasiedzieli i uroczy pan nie chce sprzedać im biletu, w perspektywie mają dwie godziny czekania na następny prom. Ja bym mu chyba przewrócił tę
budkę. Radek używając osobistego uroku załatwia bilety
Z pokładu ostatni raz spoglądam na Cres, za chwilę rozpoczniemy ostry
podjazd, znowu pada. Do domu pozostało ponad dwadzieścia kilometrów, jedziemy w
deszczu. Jest na tyle ciepły, że nie cierpimy zbytnio. Basia z Rajmundem
i Radkiem rwie do przodu, ja z Rafałem ” zabezpieczam tyły ”
Kolejna wycieczka za nami.

Garmin zanotował – 90 km ➡️ 1477 m ⬆️
Ślady https://connect.garmin.com/activity/784561244
https://connect.garmin.com/activity/784563941
https://connect.garmin.com/activity/784564088

PULA

Dzień przerwy jest doskonałą okazją, by odwiedzić to starożytne
miasto. W naszej okolicy ma padać więc pakujemy się do busów.
Osiemdziesiąt kilometrów i jesteśmy.
Sam początek już robi wrażenie, stajemy przed ogromnym amfiteatrem. To
jedna z trzech najlepiej zachowanych aren. Powstała w I wieku dzięki
cesarzowi Wespazjanowi. Siadam na widowni, wyobraźnia podsuwa obrazy walk
i krwi przelanej na arenie.
Urokliwe uliczki ( trochę rozkopane ) prowadzą do świątyni Oktawiana
Augusta, bramy Herkulesa i Łuku Sergiusza. Te budowle również przetrwały prawie
dwa tysiące lat. Jest jeszcze kilka innych zabytków, które odwiedzamy.
Jako że Pula jest miastem portowym, niezliczone knajpki serwują owoce morza. Jedzenie tak jak zabytki są pierwsza klasa. Polecam.
Tym razem Garmin został w domu

ŻUPANIJ VRCH

Środa to dzień ,kiedy znów trzeba ruszyć w góry, lenistwo
nie popłaca. Jedziemy w masyw Učki, kilka kilometrów asfaltu i już skręcamy w las. Mozolnie łapiemy wysokość ale bez napinania, to nie maraton. Jest czas na
podziwianie okolicy i luźną rozmowę. Choć są tacy, dla których tempo
wycieczkowe jest męczące. Formuje się grupka ścigantów, którzy prą do
przodu znacznie szybciej od reszty. Na jednym z rozjazdów spoglądam na
ślad w nawigacji i z niepokojem dostrzegam, że właśnie należało
skręcić. W ostatniej chwili udaje mi się zatrzymać Magdę, kilka osób
jednak pomknęła w dół znikając za zakrętem. Czekam na Leszka i mówię co
zaszło. Telefon załatwia sprawę, my ruszamy dalej. Zaczyna się stromy podjazd. Z
niepokojem patrzę na profil trasy, będzie ” chodzone „. Do tego kolega Leszek już
nas przyzwyczaił.
Gorzej, że zjazd jest bardziej stromy od podjazdu. To nie wróży nic
dobrego. Ostatnie kilkadziesiąt metrów podjazdu pokonujemy na piechotę.
Na szczycie grupa scalona przez Leszka rusza dalej. Po chwili znów mamy
przerwę, Andrzejowi rozpina się łańcuch. Nie z Nami takie numery,
nowa zapieka załatwia sprawę. Ruszamy do zjazdu, droga zmienia się w
ścieżkę. Pojawiają się kamienie, krzaki i robi się wąsko.
Schodzimy z rowerów w chwili, kiedy jazdę uniemożliwia stromizna i
głazy. Czeka nas dłuższy spacerek. Czym byłby teamowy wyjazd bez takich atrakcji? Do zejścia jest ponad kilometr i kilka setek w pionie. Odzywają się gniewne
pomruki. Za chwilę robi się groźnie, kiedy Basia upada z rowerem. Wracam do niej, skończyło się na bólu i strachu.
Znoszę jej rower przez najtrudniejsze sekcje i wracam po swój. Na
szczęście ścieżka robi się przejezdna. Nie wszyscy byli przygotowani
na coś takiego, Rajmundowi odzywa się kontuzjowane wcześniej kolano.
Chodzenie z rowerem nie zawsze bywa zdrowe. Jedziemy leśnym szlakiem lecz
widać, że ten rejon nie cieszy się powodzeniem. Szlak zarośnięty jest
niemiłosiernie. Jeszcze jedna trudność przed nami, kilka naprawdę stromych podjazdów które ciągną się w nieskończoność.
Nagrodą za wysiłek jest świetny zjazd szutrem, adrenalina buzuje w
żyłach, kiedy rozpędzam się do granic bezpieczeństwa. Jeszcze trochę asfaltu i jesteśmy w okolicach Vojaka.
Część ekipy, w tym ja wraca do domu asfaltowym zjazdem a reszta jedzie
do Małej Učki, którą pierwszego dnia ominęliśmy. Ja tam jeszcze
pojadę, jak się okaże już jutro.
Znów będzie o czym opowiadać wieczorem przy… izotonikach Tematem
będzie zejście po kamieniach i zdrapki Andrzeja, które dumnie nosi na
przedramieniu i nodze.
Zjazd z Małej Učki okazał się za trudny

Garmin wskazał – 63 km ➡️ 1730 m ⬆️
Ślad https://connect.garmin.com/activity/786386411

ŚNIEŻNIK – CZYLI MĘŻCZYŹNI I CHŁOPCY

Poprzedniego wieczoru, Leszek zaprezentował następną trasę. Celem
był Śnieżnik. Nie ten koło Kłodzka lecz słoweńska góra o tej samej
nazwie. Plan przewidywał dojazd w okolice góry busem, zdobycie szczytu i powrót na
kołachdla chętnych. Taki plan wzbudził we mnie mieszane odczucia. Padło
stwierdzenie,że ta trasa oddzieli mężczyzn od chłopców. I tu muszę się przyznać,
że wybrałem młodość, niech się mordują. To już czwarty dzień na siodełku i nie
będąc pewnym czy na trasie nie napotkamy przeszkód nie do przebycia, utworzyliśmy z
Radkiem grupkę alternatywną. Nasz cel to Vojak. Tak, już tam byłem, ale dalszaczęść trasy mnie kusiła. To przejazd przez Małą Učkę, którą pierwszego dnia
ominęliśmy.
Wystarczy wyjść z domu, wsiąść na rower i naprzód. Bo tu właśnie
zaczyna się podjazd. Dwadzieścia jeden kilometrów cały czas pod górę.
Jedyny mankament to asfalt. Jak to na wycieczce, tempo jest spacerowe. Po ponad dwóch godzinach jesteśmy na szczycie. Widok jest wspaniały, morze i góry.
Wchodzę na wieżę widokową, na szczycie której po okręgu rozrysowane są
bliższe i dalsze szczyty. Na horyzoncie odnajduję Śnieżnik, sprawdzam na grafice wieży czy spoglądam na właściwy szczyt. Ciekawe co się dzieje w drugiej
grupie? Pora kończyć odpoczynek, jedziemy w dół. To wielka frajda mknąć kilka kilometrów z prędkością pozwalającą wyprzedzić samochód. Tym bardziej, że nie marzniemy jak pierwszego dnia. Każdy zjazd jednak kiedyś się kończy, znowu trzeba przepychać pedały.
Mijamy pasące się stado owiec, chwila przerwy na sesję fotograficzną.
Jest i pasterz.
Okazuje się, że jest Mołdawianinem, mamy nowego kolegę i fajne
zdjęcia. Docieramy wreszcie do Małej Učki, nazwa adekwatna do tego, co zastajemy. Dwa domy, ławka i przepiękny szczeniak rasy mi nieznanej. W jednym z domostw Magda kupuje kozi ser.
Radek trenuje podjazdy na stromej leśnej drodze a ja z Rafałem
zadzieramy głowy w górę podziwiając potężne ptaki szybujące nad nami. To
prawdopodobnie Orły.
Dojeżdżając w to miejsce, mijaliśmy fotografów z aparatem na statywie
i ogromnym obiektywem. Czułem, że nie my będziemy obiektem ich zainteresowania.
Miałem rację, to wielkie ptaki majestatycznie szybujące zwabiły ich w to
miejsce. Ser kupiony,szczeniak nie dał się oswoić, ruszamy dalej. Cieszę się, że
widziałem to miejsce.
Jeszcze dwie, trzy chopki i zaczynamy zjazd co się zowie. Szuter w każdym
zakręcie testuje nasze opony i umiejętności. To na tym zjeździe Andrzej zyskał
wczoraj swoje „szlify” ( niestety nie generalskie ) . Pędzę w
dół, wychodzę z zakrętu i…kilka metrów przede mną wyrastają dwa konie z jeźdźcami, wolniutko kroczące na czołówkę ze mną.
Zaciskam hamulce jak tylko można nie blokując kół i przelatuję koło
zwierząt, które na szczęście były mniej spanikowane niż ja. Gdyby się
spłoszyły? Strach pomyśleć, tym bardziej, że za mną jechała reszta
grupy. Wpadamy pomiędzy zabudowania, tu stromizna grubo przekracza
dwadzieścia procent.
Palce już bolą cały czas zaciśnięte na klamkach. W drugą stronę bym
wymiękł. Sztuką jest jeździć tu samochodem a że się da, przekonała się Magda mając
podobną przygodę jak ja. Tyle, że były to konie mechaniczne. Ominęła
auto zgrabnym zwodem ale było blisko. Jeszcze kilka kilometrów i stajemy na obiad. Wcześniej umówiliśmy się w portowej restauracji z Basią i Asią. Towarzyszy im Rajmund, który na chorwackich zjazdach całkowicie pozbył się klocków hamulcowych. Dziś robił objazd serwisów w poszukiwaniu tychże. I tu znów pochwała dla tutejszego mechanika. Nie miał, ale od czego jest kurier? Będą jutro na dziesiątą. Pełen profesjonalizm.

GARMIN ZANOTOWAŁ – 51 km ➡️ 1620 m ⬆️
Ślad https://connect.garmin.com/activity/787271345

OPATIJA WSCHÓD

Pobyt powoli dobiega końca, ostatnia wycieczka to rekonesans po okolicznych
miejscowościach. Znowu przekonujemy się jak sprawnie działają tutejsze serwisy
rowerowe. Klocki hamulcowe zamówione poprzedniego dnia kurier przywiózł o czasie, wymiana poszła dość szybko. Można jechać. Według śladu wytyczonego przez Leszka
nim zaczniemy powrót, trzeba „złapać” odpowiednią wysokość. Tym sposobem docieramy aż na wysokość Rijeki. Teraz możemy wracać, ale żeby choć trochę urozmaicić przejażdżkę, musimy „przeskoczyć” jedno wzniesienie. Miejskie drogi zamieniamy na szuter, ścieżkę, by w końcu kierować się wskazaniami GPS i nielicznymi
znakami szlaków. Nie muszę dodawać, że robimy to na piechotę. Nie wszyscy mają
na to ochotę, dwie osoby zawracają po serii fotek ze słoweńskimi szczytami w tle.
Docieramy do asfaltu i jedziemy do domu. Po drodze spotykamy plażowiczów
z naszej grupy. Pogoda była iście plażowa i nawet pozwalała na kąpiel w Adriatyku.
Wieczorem pozostaje ustalić plan na jutrzejszy poranek. Jest sporo zajęcia z zamontowaniem rowerów na dachach i zapakowaniem bagażu.
Wieczór szybko mija przy serwowanych przez gospodarza na pożegnanie dwóch
wielkich garów małży.
Tydzień rowerowania po Istrii dał całą masę wrażeń. Dziękuję wszystkim uczestnikom
wyprawy za miłe towarzystwo, dobrą atmosferę, pomoc w razie potrzeby. Dzięki wszystkim zaangażowanym w zorganizowanie wyjazdu.
Ciszę się, że pomimo dużej liczby uczestników potrafiliśmy się dobrze bawić, a osoby
które pierwszy raz były z nami, doskonale dopasowały się do grupy. Mam nadzieję, że za rok wyjazd będzie równie udany.

Garmin zanotował – 45 km ➡️ 828 m ⬆️
Ślad https://connect.garmin.com/activity/788072213
SŁAWEK

PS. Oto relacja Leszka z wyprawy na Śnieżnik
Za kolejny cel obraliśmy Sneżnik o wysokości ponad 1700 m – górę leżącą wprawdzie w Słowenii lecz niezbyt daleko od Opatiji. Trasa zapowiadała się długa i ciężka, więc po kilku dniach jeżdżenia część ekipy wybrała inne zajęcia, na przykład plażing J i pozostała nas piątka. Arczi usiadł za kierownicą i podjechaliśmy do granicy busem a dalej już na rowerach. Na turystycznym przejściu granicznym miejscowi wopiści się nudzili, więc byliśmy dla nich miłym urozmaiceniem dnia; po szybkiej prezentacji naszych fotek pognaliśmy w dół żegnani dobrymi radami, jak jechać. Po 10 km asfalt przeszedł w szuter i droga łagodnie wznosząc się prowadziła nas przez las, wzdłuż granicy dalej i dalej. W pewnej chwili zatrzymał się przy nas gazik służby leśnej i otrzymaliśmy kolejną porcję dobrych rad, w tym coś na temat niedźwiedzia, co do końca nie zrozumiałem – czy mamy przed nim uciekać, czy zostawić kogoś na pożarcie? Leśnicy za jakiś czas znowu nas spotkali i nie wiadomo ile w tym było troski o nasze bezpieczeństwo a ile zwyczajnej inwigilacji 😉 W tak miłej atmosferze mijały kolejne kilometry a Śnieżnika ciągle nie było widać. Wreszcie pojawiły się tuż przed nami – Mały (1693 m) i duży (1796 m). Po chwili zrobiło się ciekawie – stromy kamienisty podjazd okazał się ciężkim wyzwaniem, za to miejsce piknikowe nad nim przywołało uśmiechy na naszych buziach. I to był koniec jazdy, stąd zaczął się szlak wybitnie pieszy z koniecznością noszenia rowerów włącznie. Po pokonaniu kilkuset metrów, gdy nadal nie było widoków na jazdę a do szczytu pozostało prawie 200 m przewyższenia zarządziliśmy odwrót. Powrót znaną już drogą nie nastręczył trudności, na granicy przywitano nas jak starych znajomych i bez wyjmowania dokumentów dojechaliśmy do busa. I tu okazało się, że ekipa chce wracać w siodle, zwłaszcza że do domu już z górki. Ponieważ nie było chętnego do jazdy busem Arczi z ciężkim sercem ponownie usiadł za kierownicą (chwała Ci za to, jesteśmy wdzięczni za poświęcenie) a reszta tj. Krzychu, Diabeł, Andrzej i ja ruszyliśmy na rowerach. I tutaj czekało mnie największe wyzwanie tego dnia. Otóż zaraz po starcie wyprzedził nas kolarz (okazało się, że kolarka ale ja już trochę niedowidzę więc nie od razu zaskoczyłem J). Chłopaki ruszyli w pogoń, jednak po osiągnięciu celu litościwie zwolnili czekając na mnie. Po jakimś czasie pomimo kotwicy w postaci mojej osoby nasz peleton ponownie ją wyprzedził. Gdy już nasze samcze ego zostało zaspokojone dziewczyna, po odpoczynku za nami, znów wyrwała do przodu co było powodem następnego zrywu. I w tak urozmaicony sposób zleciało 20 km.
Wg mojego gps trasa miała 99,2 km i 2033 m podjazdów.
Leszek
I link do galerii Picasa

https://picasaweb.google.com/105102271490828696712/ChorwacjaIstria2015?feat=directlink

3 comments for “Ičici – czyli… MTB w Chorwacji

  1. Lechu
    Lechu
    16 czerwca 2015 at 07:55

    I znowu wszystko na mnie? No cóż, sam się o to prosiłem :)
    Do galerii wrzuciłem więcej zdjęć
    http://mtbkrapkowice.pl/gallery/chorwacja-2015-icici/

    Leszek

  2. Arczi
    Arczi
    16 czerwca 2015 at 08:22

    Pięknie opisane ! Dokładnie tak było :) Dzięki za super wyprawę.

  3. Krzychu
    Krzychu
    17 czerwca 2015 at 21:51

    Aż się chce wrócić. Dobrze opisane te nasze przygody. Dzięki i do następnego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close