foto3

Do trzech razy sztuka, czyli Bikemaraton w Polanicy

DSC_0271Zdjęcie Robin Dak

                W tym roku nie miałem szczęścia do startów w bikemaratonach.  Nie dałem zresztą wielu szans temu szczęściu – raptem dwa razy. W Zdzieszowicach odezwały się jakieś problemy zdrowotne i zawróciłem z trasy mega a w Bielawie spasowałem po trzeciej złapanej gumie.  Na Polanicę wypadła trzecia próba, tym razem w pełni  udana.  Rano odwoziłem moją ślubną do pociągu i akurat wtedy z chmur lunęło i to tak, że wycieraczki z trudem nadążały z pracą a kałuże tworzyły się nawet na środku asfaltu. Wracając poważnie się zastanawiałem, czy jechać do Polanicy bo po takiej ulewie nie widziałem sensu startu.  Wróciłem do domu i od razu sprawdziłem prognozę pogody dla Polanicy. A tam bez mian od wczoraj – możliwość przelotnych niewielkich opadów i przejaśnienia. No cóż, jadę, może się sprawdzi.  Od zjazdu z A4 humor zdecydowanie się poprawia bo zaczyna się przejaśniać a niedługo pojawia się słońce i błękit aż po horyzont, w dodatku szosa miejscami jest zupełnie sucha. W Polanicy już tak pięknie nie jest ale chmurki nie zwiastują deszczu. I faktycznie – nie padało przez cały dzień jednak na suche podłoże nie można liczyć, na pewno będzie mokro.  Dość późno dojeżdżam na start na ulicę Parkową wypatrując zielonych koszulek – przecież miała być od nas kupa luda – a tu nic. W końcu zauważam Michała, potem Grześka i zamieniam dwa słowa a Magdą, która szuka wejścia do swojego sektora, więcej jednak nikogo nie ma. Widocznie nie tylko mnie poranny deszcz demotywował :).

                Jak zwykle ustawiłem się na końcu sektora nr 7 i spokojnie ruszam z innymi. Mam nieco wątpliwej satysfakcji wyprzedzając pod górę dzieci, sybarytów, miłośników browara i kuracjuszy na zdrojowych rowerach próbujących swoich sił w prawdziwych zawodach. Ok, trochę przesadziłem, trochę prawdziwych bajkerów też zostawiam za plecami. Pierwsza kałuża pozwala wyprzedzić całą grupę „czyścioszków” grzecznie sznurkiem omijających wodę (zdaje się, że parę rowerów przy tym ochrzciłem :).  Pod Piekielną Górą pojawia się trochę widoków na góry widoczne w parujących mgiełkach, więc się nimi napawam bo wiem, że potem już tylko las i las. Dochodzę Magdę ale po chwili jadę dalej swoim tempem. Nie spieszę się zanadto bo chcę przejechać dystans Giga i boję się stracić siły za wcześniej ale też nie chcę jechać poniżej swojego tempa.  Staram się kontrolować  i nie gonić tych przede mną a i tak powoli przesuwam się do przodu. Na rozjeździe na Giga jestem po dwóch godzinach, w pełni sił, więc spokojnie skręcam na ten dystans. Przez parę minut jedziemy w dwójkę z innym gigantowcem ale potem wysuwam się do przodu i zostaję sam.  Co za uczucie – z przodu nikogo, z tyłu nikogo, trasa dobrze oznakowana, jeszcze ta pewność, że nikt mnie nie zdubluje :)  Odcinki szutrowe i asfaltowe praktycznie suche, błoto pojawia się tylko w niektórych miejscach, aż się wierzyć nie chce. To się diametralnie zmienia przy wjeździe na single; strome, wąskie, kamieniste zjazdy, sporo korzeni i rozjeżdżone błoto na dokładkę. Tu trzeba się mocno sprężyć, żeby cało zjechać. Gdyby było sucho to byłaby bajka ale teraz nie jest łatwo.  Czym dalej, tym błotnistych odcinków jest  więcej, powoli mam dość – ciągłe napięcie, lawirowanie między kamieniami i korzeniami, łapanie równowagi po uślizgach… Tu można było sporo nadrobić albo sporo stracić. Ja nie nadrabiałem 😉 . W końcu doszedłem następnego zawodnika, okazało się że z mojej kategorii. Do końca jechaliśmy blisko siebie to odjeżdżając, to dochodząc jeden drugiego. Do mety coraz bliżej, jedzie się dobrze, nagle widzę kogoś pchającego rower stromą ścieżką w przeciwnym kierunku na zboczu nade mną. Pewnie turysta – myślę sobie – ale sobie wybrał trasę!  Za chwilę przekonuję się, że to też moja trasa, trzeba zrobić zwrot i pchać bo o podjeździe nie ma mowy. No cóż, w końcu jakieś urozmaicenie.  Pojawia się następna ścieżka w pionie, teraz już trzeba rower nieść!!!  Gdy do mety zostało 2 km odetchnąłem, już chyba tylko w dół, myślę a tu znowu podjazdy i znów dwukrotne pchanie. Ostatnia górka wydawała  się do podjechania lecz tu zbuntowały mi się nogi i zagroziły skurczami. Szybko ustąpiłem przed taki argumentem i zsiadłem z siodła. Teraz już protestów nie było :)

                Bardzo pozytywnie oceniam trasę w Polanicy. Oczywiście jest sporo nudnych podjazdów ale który podjazd nie jest nudny?  Za to techniczne odcinki są super, nawet te „z buta” nie przeszkadzają (chociaż pod koniec dystansu giga już miałem ich dość, ale sam tego chciałem, więc nie mogę narzekać). Do samego końca, poza kilkuset ostatnimi metrami po chodniku, zjazd trzymał w napięciu. I na dodatek przejazd przez strumień – dodatkowa niespodzianka. Tylko zastanawiam się, jak sobie poradzili „kuracjusze” na dystansie mini; zapewnienia organizatora, że jest to dystans dla każdego w tym wypadku na pewno się nie obroniły. Na metę dojechałem zmęczony ale nie zajechany, potem cola i lody skutecznie dopełniły smak całkiem niezłego makaronu.  Na podium się nie załapałem ale 5 miejsce w kategorii też ładnie wygląda. Grunt, to wybrać odpowiedni dystans bo na kategorię wiekową jakoś wpływu nie mam 😉.  Magda, Grzesiek i Michał jeszcze byli więc mogłem odebrać gratulacje za pokonanie dystansu (a co!) i chwilę z nimi posiedzieć chłonąc nastrój uzdrowiska.  Im też nie udało się zająć pudła (Magda 7, Grzesiek 28, Michał 36), jako drużyna zostaliśmy sklasyfikowani na 20 miejscu.

Pozdrowienia dla roweromaniaków

Lechu

 

4 comments for “Do trzech razy sztuka, czyli Bikemaraton w Polanicy

  1. Magda
    23 września 2014 at 08:31

    Miny Michała – bezcenne :)

  2. Michał Hońka
    24 września 2014 at 20:53

    Miny są ok, jak na podjazd, który jak się okazuje ze zdjęć podjechałem tylko ja ze wszystkich 😛
    tu jest galeria z pierwszego podjazdu na tym odcinku 5km.
    https://picasaweb.google.com/1170026997 … nica200914

    ciekawy jestem czy tylko na kołach 26″ jest to możliwe czy na 29″ też by mi się udało? Waham się nad wymiana roweru.

    • Grzegorz
      Grzegorz
      26 września 2014 at 07:57

      Myślę, że to nie kwestia kół tylko zawzięcia. Okazało się, że jako jedyny nie miałeś jeszcze dosyć.

  3. Michał Hońka
    24 września 2014 at 20:54

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close