Czarno-czerwona błyskawica

W dniu startu pojawiliśmy się na miejscu około godz. 9.30. Słońce w Zawoji grzało mocno, było dosyć parno – warunki do jazdy, więc nie najlepsze. Po krótkiej rozgrzewce staję w sektorze i razem z innymi narwańcami oczekujemy na wystrzał: 3..2…1..



 

i jedziemy! Początkowo mamy do pokonania długi asfaltowy odcinek pod górę. Jedzie się nieźle, stawka  dosyć szybko się rozrywa, a ja jadę sobie gdzieś na czele drugiego sektora. Po kilkunastu minutach dojeżdżamy do pierwszego zjazdu w terenie. Rozpędzam się i staram nie tracić wypracowanej pozycji, co dla mnie – żółtodzioba, jeśli chodzi o jeżdżenie po górach, nie jest łatwym zadaniem. Zjazd dobiega końca i wyjeżdżamy na asfaltową drogę, myślę więc, że warto by się czegoś napić. Sięgam po bidon, a tam niespodzianka – obydwa koszyki puste. Moje dwa bidony (11zł/szt.) wypełnione powerade’ami (3.50/szt.) zostały zgubione! Katastrofa! Słońce wali niemiłosiernie a ja nie mam picia! (i jeszcze 29zł w plecy).


Dopada mnie kryzys. Widzę siebie umierającego z pragnienia gdzieś po drodze na Jałowiec…  Nachodzą mnie nawet nieczyste myśli, aby pojechać dystans MINI, ale szybko rezygnuję z tego niemoralnego rozwiązania. Dojeżdżam do bufetu, piję 5 kubków izotonika i myśląc, że „jakoś to będzie” na rozjeździe skręcam w prawo. Trasa wiedzie przez las, zaczynają się naprawdę błotniste odcinki. Niestety, nie wszystkie fragmenty trasy daję radę podjechać.


Kilka razy schodzę z roweru i tak jak większość brudasów zasuwam z buta w błocie po kostki. Na 20 kilometrze, ku mojemu zdziwieniu widzę Grześka. Okazuje się, że Zawojski maraton potraktował on treningowo i od tego momentu jedziemy już prawie do końca razem. Pomoc kolegi z drużyny okazuje się bezcenna. Nie dość, że Grzesiek ratuje mnie przed wyschnięciem, to udziela również wielu pomocnych wskazówek. Powoli i sukcesywnie przesuwamy się więc do przodu, mijając kolejnych zawodników.



 

Dojeżdżamy do ostatniego, najcięższego podjazdu. Nogi już pieką, a ja zaczynam sapać jak nosorożec. Motywuje mnie jednak fakt, że większość ludzi wjeżdża wolniej od nas. W końcu wspinamy się na sam szczyt. Na podziwianie widoków nie ma czasu, tym bardziej, że koncentruję się przede wszystkim na tym, żeby do mety zjechać w jednym kawałku. Zjazd do łatwych rzeczywiście nie należy. Sporo kamieni i błotne koleiny przyprawiają mnie momentami o kisiel w majtkach. Po prawie 5 kilometrach dojeżdżamy w końcu do asfaltu – udało się, żyję! Poziom endorfin podnosi się błyskawicznie. Próbuję więc przyspieszyć, ale nogi odmawiają posłuszeństwa. Łapią mnie coraz mocniejsze skurcze, każde mocniejsze naciśnięcie na pedały powoduje grymas bólu. Siadam Grześkowi na kole i byle dojechać…


Po nieco ponad 2 godzinach w końcu meta! Udało się! Na sobie mam ze dwa kilo błota i nie czuję rąk. Dobijam się do wodopoju, piję jak smok i zajadam się bananami.



 

Pomimo trudności, trasa została zaliczona z całkiem niezłym czasem, jestem więc zadowolony. Okazuje się nawet, że zająłem 3 miejsce w kat. M1, co oznacza, że będzie fotka na pudle Laughing Na pewno nie skończyłoby się tak dobrze, gdyby nie pomoc Grześka, który holował mnie przez większość wyścigu (wielkie dzięki jeszcze raz! Wink).


 

Podsumowując, z Zawoi wróciłem usatysfakcjonowany. Ciężka i urozmaicona trasa zostanie zapamiętana na długo. Co najważniejsze, rozdziewiczyłem swój pierwszy górski maraton, a przede mną jeszcze kilka podobnych do zaliczenia. Nie pozostaje więc nic innego, jak wsiąść na rower i jazda na trening, bo z następnymi może być jeszcze ciężej!

 

Pozdrawiam, Dawid

 


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close