Crocodile Trophy – podsumowanie

 

Po ukończeniu wyścigu przyszedł czas na podsumowanie i zaproszenie wszystkich do Opola na pokaz zdjęć i filmu z wyścigu. Zaproszenia na wystawę zdjęć i super imprezę, która już 13 grudnia odbędzie się w Opolu, w Optyk Centrum na ul. Krakowskiej 28 można wydrukować ze strony www.crocodyl.pl.

 

 

 

 

I ETAP – Mareeba – Irvinbank 86 km/1100 m

Dzień rozpoczął się moim porannym marudzeniem – „czemu tak wcześnie?, czemu tak gorąco? znów mam jeść ten głupi makaron?” Wyruszyłem na zbiórkę do Meteor Car & Truck Rentals w Cairns, skąd mieliśmy być przetransportowani na start wyścigu. Wkoło same wypasione rowery. W wielkim konwoju na 40 -50 pojazdów wyruszyliśmy do Mareeby. Start z Mareeby był konkretny. Od razu peleton mocno przyśpieszył. Załapałem sie do pierwszej grupy uciekinierów, w której w większości jechali Czesi. Po jakimś czasie, na 3 lub 4 podjeździe nie wytrzymałem tempa. Wiatr dmuchający prosto w twarz dodatkowo osłabił mnie na podjeździe. Wjechałem na metę jako 31 zawodnik.

 

II ETAP – Irvinebank – Koombooloomba 128 km/1400 m

Pierwsze 15 kilometrów oznaczało mnóstwo kurzu, kamieni i nierównych powierzchni, przypominających tarkę. Rower trząsł się jak galareta, a pośladki dostały takie lanie, że nie można było wysiedzieć na siodełku. Wszędzie czerwony pył. Etap liczył „tylko” 128 km, 1400 m przewyższenia. W większości po asfalcie więc wesoły nastrój nas nie opuszczał. Podjazdy strome, a zjazdy długie i łagodne. Na 25-30 km przed metą wjechaliśmy w las deszczowy, gdzie czekała nas seria podjazdów i zjazdów. Był to jeden z najpiękniejszych fragmentów tego CT.

 

III ETAP – Koombooloomba – Gunnawarra 122 km/2235

Długi etap z Koomboolomba Dam do Gunnawara Farm. Organizatorzy mówią o nim, że ten etap ustawia wyścig i decyduje w dużym stopniu o tym, kto zwycięży CT. Długi na 122 km z suma przewyższeń 2235 – tak było oficjalnie. Na trasie szybko przekonaliśmy się co nas czeka. Pierwszy podjazd długości 500 m i przewyższeniu 110 m, po czerwonej żwirkowatej nawierzchni. Wtedy mogłem odczuć jak rewelacyjnie trzymają opony Ritchey WCS Intuition, niebo! Skończyliśmy z czasem 5 h i 30 min.

 

IV ETAP – Gunnawaara – Chillagoe 140 km/900 m

Już na rozgrzewce wiedziałem, że start będzie ciężki – bo piasek, bo wąsko, bo jeszcze raz piasek. Ktoś wyciął orła, zablokował resztę kolarzy, przez co przód uciekł a tył nadal czekał. Na bufecie, na 40 kilometrze ci, co mieli pomoc od osób trzecich byli na wygranej pozycji. Ja musiałem niemalże bić się o miejsce by dotrzeć do swojego bidonu. Potem musiałem jechać w tempie maksymalnym przez ponad 2 min by dogonić grupę. Na szerokim podjeździe zaczął trąbić na nas jeep zza pleców. Ustąpiliśmy mu by nas wyprzedził. Równa gładka droga zmieniła się w nierówną kamienistą górską. Jeep to zwalniał, to przyśpieszał. Na 80 km, dojechałem do 3 bufetu. Zatrzymałem się, zszedłem z roweru, napełniłem pusty już Camelbak MULE. Zostało 25 km do mety, jechałem jeszcze wolniej, tętno nie było wyższe niż 130, robiłem zdjęcia i rozmyślałem (jak bardzo nie lubię tego wyścigu). Gdy przekraczałem linię mety – na tragicznym 59 miejscu byłem wściekły. Położyłem rower i nie chciałem do niego wrócić przez ponad półtorej godziny.

 

V ETAP – Chillagoe – Chillagoe  120 km/850 m

Ten etap był bardzo prosty, dosłownie. Cała trasa przebiegała po jednej drodze. Jedziemy 50 km w jedna stronę, zawracamy i 50 km z powrotem. Na trasie nie dało się zgubić – banalna technicznie, jedyne utrudnienie to duże ilości dziur kurzowych i piasku. Gdy ktoś wjechał w taką dziurę, niewidoczną z siodełka, powstawała istna burza piaskowa, nic nie było widać na więcej niż kilka metrów.

 

VI ETAP – Chillagoe – Mt.Mulgrave 138 km/800 m

Ten etap jest trudny nie ze względu na jego długość, ani nawet piasek lecz na wysoką temperaturę oraz tarkę na drodze. Etap długi na 124km, temperatura przez cały dzień oscylującą koło 42 stopni Celsjusza. Etap był do przesady nudny, nawet podjazdów nie było, zakrętów mieliśmy zaledwie 2. Kilka razy spadał mi łańcuch. Dojechałem na 35 pozycji ale z czasem zawodnika z 20 miejsca. Etap był gorący, męczący i bardzo nudny. Za to jedzenie na koniec wyśmienite – pyszne krewetki oraz ryby na obiad, ciastka i mnóstwo sałatek.

 

VII ETAP – Mt. Mulgrave – Laura 148 km/1100 m

Najdłuższy etap w wyścigu liczący 148 km i 1100 m przewyższeń. Początek miał być górzysty i piaszczysty oraz częściowo z tarką (ogromne nierówności terenu spowodowane wyschniętym piachem i gliną). Droga przeważnie miała być równa, jedynie pod koniec z wybrzuszeniami. Tak zapowiadali organizatorzy. Jednak to, co nas spotkało, było zupełnie inne.

 

VIII ETAP – Laura – Cooktown 142 km/1050 m

Niejaki Uncle Tommy wystrzelił z pistoletu by oznajmić start wyścigu.  Ostatni etap w outbacku. Już od początku marzyłem o mecie – o tym żeby dojechać do morza i wypocząć nad brzegiem basenu. Przebijały się kolejne dętki i moja pozycja w klasyfikacji generalnej spadała. Ale za to jakie widoki były na trasie! Gęsty las, strome zbocza i morze. Ze szczytów gór roztaczała się piękna panorama. Widać było pierwsze osady w Australii, rafy koralowe, cudowne lasy i odległe szczyty.

 

IX ETAP – Cooktwon – Ayton 128 km/1900 m

Z początku cisnąłem ile sił w nogach. Jako, że był ostatni dzień wyścigu mogłem dać z siebie wszystko. Po 3 godzinach jazdy byłem już zmęczony. Brak picia i jedzenia dał się we znaki. Zacząłem się rozglądać w poszukiwaniu czegoś niezwykłego. Dostrzegłem w końcu dziką zwierzynę – warana, kangura, psy dingo i węże. Na mecie już wszyscy świętowali, ciesząc się, że do pokonania został tylko jeden etap.

 

X ETAP – Ayton – Cape Triubulation 48 km/520 m

Cztery razy przekraczaliśmy rzekę. Frajda z tego była ogromna. Na podjazdach większość kolarzy schodziła z roweru, a po drodze kąpaliśmy się praktycznie w każdej napotkanej rzece. Dobrze, że krokodyli nie było w pobliżu. Na bufetach zamiast izotoników podawano piwo i wino. Do tego upalne Słońce i impreza gwarantowana. Każdy miał jakieś odpały – niektórzy przygotowali się na ten etap i na ten ostatni dzień założyli specjalne stroje. Etap pokoju skutecznie wymazał z naszej pamięci wszelkie bóle z ostatnich 9 dni.

W ciągu kolejnych etapów powodów do marudzenia było sporo. Przeklinało się na wszystko, powtarzając sobie w duchu, że nigdy więcej tam się nie pojedzie. Jednak im więcej dni mija od zakończenia wyścigu, tym bardziej chciałoby się tam wrócić – tym razem z jakimś wsparciem, supportem i teamem, w nadziei żeby móc pokazać, że Polacy też są w stanie wygrać ten wyścig. W tym roku Czesi pokazali, że są najlepsi. Zobaczymy, co wydarzy się za rok.

 

 

 

Pozdrawiam, Wojtek 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close