BM Świeradów 2008

   Malownicze zbocza Gór Izerskich darzę szczególnym sentymentem, ponieważ to tu rok temu rozpoczęła się moja przygoda z maratonami -pierwszy prawdziwy wyścig w górach. Od tamtej pory bardzo dużo się zmieniło. Przede wszystkim potrafię połączyć pasję z zawodem, co pozwala mi lepiej przygotować się do każdego maratonu. Mam już pewną technikę jazdy, która nawet spodobała się jednemu ze starszych maratończyków na trasie. Jeszcze dziś pamiętam jak wyglądał mój pierwszy start. Jechałam wtedy na dystansie mini który liczył ok. 30 km i do mety przywiozłam ponad połowę bidonu wodySmile. Pędziłam strasznie za wszystkimi do przodu, po czym brakowało sił na większe podjazdy.

   Tym razem niestety pogoda nas nie rozpieszczała. Choć na starcie świeciło słońce już po około 20 km (na moim liczniku) zaczęło padać. Zrobiło się chłodniej, co podczas jazdy jest sporym ułatwieniem dla samopoczucia ale niestety nie dla mięśni, które szybciej się wychładzają i łatwiej złapać skurcze. Zrobiło się ślisko i bardzo niebezpiecznie. Duża wilgotność  powietrza powodowała parowanie okularów, które musiałam zdjąć żeby cokolwiek zobaczyć. A to z kolei skutkowało piaskiem w oczach i wcale więcej nie było można zobaczyć. W pewnych momentach trzeba było jechać po prostu na wyczucie, co wcale nie jest proste na obcym terenieSmile.

   Wyścig był niewątpliwie bardzo szybki jak na góry, ponieważ średnia na licznikach naszych kolegów przekraczała 20km/h, a kolegów z czołówki wypowiadających się na forum nawet ponad 26km/h.

   Już rok temu w Świeradowie mogłam pokonać swój rekord prędkości w zjeżdżaniu, ponieważ  sprzyjał temu długi asfaltowy zjazd. Tym razem udało mi się go pobić o dobrych parę kilometrów. Kiedy jednak o tym pomyślę to uważam, że wcale nie jest powód do dumy. Ponieważ nie posiadam odpowiednich warunków fizycznych jak na kolarza górskiego czas „nadrabiam” zjazdami. I tak było tym razem. Na tym długim bijącym rekordy prędkości zjeździe wyminęłam 2 panów z dystansu giga, ku ich wielkiemu zaskoczeniu, walczących o wysokie miejsca. Wiec możecie sobie tylko wyobrazić jaka była to prędkość.  Jeden z nich „przeżywał” to jeszcze na mecie. Ale nie piszę tego po to żeby się pochwalić, tylko żeby zastanowić się, czy rzeczywiście warto było to zrobić, a tym bardziej w tych warunkach pogodowych. Nie tylko ja okazałam się aż tak szalona, ponieważ  jeden z kolegów jechał 8 km szybciej (raczej wariatka jak to potem określił-zgadza się).

   Ten niewątpliwie szybki maraton okazał  się bardzo niebezpieczny. Chyba wolę trudniejsze warunki, jak w Zawoi, wtedy człowiek ma inne nastawienie i bardziej uważa. Poza tym można się wykazać umiejętnościami  technicznej jazdy.

   Niestety tym razem nie obyło się bez kontuzji w naszym teamie. Edycja ta zakończyła się dla Artura 3 szwami i pękniętym żebrem. Natomiast Krzyś (nasz najbardziej doświadczony w jeździe kolega) w wyniku poważnego upadku został odwieziony do szpitala w Lubaniu, gdzie wczoraj wieczorem przeszedł operację złamanego z przemieszczeniem obojczyka. Operacja się udała Smile, jednak do końca sezonu będzie czekała go rehabilitacja.

Muszę przyznać, że widok Krzyśka przewożonego na zdjęcie nie napawał optymizmem. Na szczęście obawy wstrząśnięcia mózgu zostały rozwiane i kiedy 2 godziny później rozmawialiśmy przez telefon  Krzysiek znów się śmiał i można było wyczuć, że już jest znacznie lepiej. Wszyscy trzymamy mocno kciuki za Krzysia i życzymy szybkiego powrotu do zdrowia.

   Najważniejsze jednak, że tylko tak wszystko się skończyło, przecież mogło być znacznie tragiczniej dla nas wszystkich. Dlatego  zachęcam do większej uwagi na trasie gdziekolwiek jesteście czy to jest na maratonie czy na swojej codziennej trasie. Czasami powinniśmy się zastanowić gdzie jest granica pomiędzy dobrą zabawą a poważną rywalizacją i czy czasem zanadto jej nie naciągamy???

   Sama mogę zrobić mały rachunek sumienia i wyciągnąć wnioski. Ponieważ należę do weteranów co do kontuzji i długiego leczenia wiem „z czym to się je”  i nie chciałabym tego przechodzić kolejny raz. To jednak nie znaczy, że na każdym zjeździe teraz będę prowadzić rower, oj nie Smile, ale chyba zacznę znów trenować podjazdy, przynajmniej będę mogła czuć się odrobinę bezpieczniej.

   Zapraszam wszystkich do wypowiadania się na naszym forum na ten temat. Czy naprawdę warto tak ryzykować?

   Pomimo, iż maraton ten nie był dla nas najszczęśliwszy, uważam go za udany. Sądzę, że wymagał dużej wytrzymałości – ani razu nie schodziłam z roweru, no może poza mostem za 2 chyba bufetem, na który nie dało się wjechać. Trzeba było ciągle pedałować, nawet na zjazdach. Najciekawszym momentem całego wyścigu okazała się końcówka, a mianowicie  singletrack, który tym razem mogliśmy przejechać tylko jeden raz, w odróżnieniu od zeszłego roku, czego bardzo żałuję ponieważ myślę, że tak właśnie powinien wyglądać wyścig górski gdzie można wykorzystać swoje umiejętności radzenia sobie z kamieniami i korzeniami Smile.

 

Pozdrawiam wszystkie bikerki i bikerów. Do zobaczenia na trasie!!!

Anita (Ani-ta Ani-tamtaSmile)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close