BM Boguszów.. trudny powrót..

Do Boguszowa wybrałem się z Łysym-starym wyjadaczem i piwożłopem (za pozwoleniem Łysego Wink), Przemkiem, Sławkiem-debiutantem maratonowym oraz Bartkiem. Na miejsce dojechaliśmy o dość dobrej porze – udało się nam wyszukać miejsce parkingowe na ryneczku. Po rozprostowaniu kości udaliśmy się na miejsce startu po odbiór numerów startowych i upragnionych reklamówek. I tu pierwsza niespodzianka – pani wydając numerki informuje nas, że startujący pierwszy raz w tym sezonie udają się na koniec, do ostatniego sektora.

 

Po załatwieniu formalności powrót do samochodu i przygotowania do startu. Po drodze pokazaliśmy Sławkowi „co i jak” oraz daliśmy parę rad, aby ciśnienie z niego zeszło przed dziewiczym maratonem. O 9.30 zacząłem przygotowanie do startu – wrzuciłem kilka bułeczek na ruszt (dzięki żonko), może nie jest to 100% sportowe pożywienie, ale bardzo smaczne Wink. Taki napakowany zabrałem się do przypięcia nowego numeru, sprawdzenia ciśnienia w oponach oraz napełnienia bidonu. Zostało tylko przebrać się, co też uczyniłem, i pognać na linię startu.

 

Jadąc zaliczyliśmy obowiązkowe sikanie i tak przygotowani wjechaliśmy na stadion. Krótkie oględziny i widzimy nasz sektor hehe… co tu dużo mówić … ustawiliśmy się na samym końcu. Oczywiście na stracie stawili się też Baśka, Arczi, Karol, Mateusz, Piotrek, Sławek i Wojtek – czyli reszta naszej ekipy, która postanowiła pokręcić w Boguszowie.

 

Start…hmm… piękne uczucie…do czasu…kiedy…zacznie cię irytować korek… korek, który już na samym początku nie pozwala ci ruszyć z kopyta. Pierwszy podjazd – małe odskoczenie od wstrzymującej grupki, myślę sobie „nie jest ze mną tak źle”, daje czadu do momentu, gdy słyszę za plecami znajomy głos „jedziemy Krzychu”.

 

To był Przemo – wyprzedził mnie bez zająknięcia. Kurcze… przeważnie to ja tak mówiłem do swoich kolegów… co tu dużo mówić – banan opadł z mojej twarzy Frown. Ale nie, nie poddaje się, gonię jak szalony, wyprzedzam z nieukrywaną przyjemnością. Zjazd – to co lubię, wbijam się na lewą stronę i tnę korzenie, patyki, kamienie, co chwile krzycząc „lewa wolna”. Nic to jednak nie dało – Przemka straciłem z pola widzenia.

 

W tym momencie podupadło moje morale, ale nie mogę dać ciała. Walczę dalej, zbieram siły i dobrze, bo właśnie rozpoczął się kolejny długi, wyczerpujący podjazd. Na moje szczęście podjazdy w Boguszowie są długie ale nie strome. Mimo to i tak czuje jak moje nogi robią się coraz cięższe, niemal ołowiane. Mobilizuję się i w miarę dobrym tempie docieram do rozjazdu. Normalnie zjeżdżałbym na giga, tym razem bez zastanawiania odbijam w prawo – na mega.

 

Jadąc dalej tylko utwierdzam się, iż ta decyzja była słuszna. Na jednym z ostatnich podjazdów gdyby nie Przemo, który dodawał mi siły swoimi okrzykami, pewnie podprowadziłbym rower. Byłem już wypompowany na maxa. Meta… ufff… udało się! Zmęczony jak po giga, podjeżdżam do baru na mecie na bananową ucztę. Spotykam znajomych ze Zdzieszowic – Arka i Marcina -pozdrawiamy się i gratulujemy ukończenia maratonu. Reszta czasu mija jak zwykle – obiadek, kto może to do obiadku kufelek, mycie roweru, przebieranie i powoli do domku.

 

I co teraz? Hmm… dla mnie wnioski są proste – potrzebuję teraz duuuuuuużo treningu, by na Zdzieszowickim maratonie, na swojej ziemi, dać czadu !!!

 

Pozdrawiam, Krzychu  

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close