Bike Maraton Wrocław 2009 okiem „czasowstrzymywacza”

Biorę się w garść, żebra na szczęście wytrzymują. Dokonuję całkowitej ablucji swego marnego ciała, wbijam się w garnitur ale stwierdzam, że wyglądałbym na sztywniaka, więc zamieniam go na jeansy Smile, t-shirta (później dorzucę do tego jeszcze kurteczkę). Po raz n-ty sprawdzam przygotowaną tydzień wcześniej torbę z „wyprawką”. Potówka – jest, stroik – jest,- camelbak – jest itd, itp. Ładuję akumulatorki „świderkami ze serem”, potem jeszcze lekko zbijam wagę na porcelanowym siedzisku. Jestem gotowy do wyjścia. Wychodzę.

 

Do punktu zbornego docieram niespiesznie, rozglądam się czujnie, powoli ogarnia mnie przerażenie gdy nie zauważam meblosoftowego „roweromobilu”. Ze stanu odrętwienia wyrywa mnie Arturowe „cześć”. Tłumaczy mi, że wyprali „roweromobil” i w tym praniu im się nieco skurczył do rozmiarów Audi w wersji kombi. No cóż, na bezrybiu i rak ryba Smile.

 

Składamy puzzle z naszych dwóch rowerków i jedziemy po Basię i Sławka. Pod ich domem uzupełniamy puzzle o kolejne dwie części, co nie przychodzi nam wcale łatwo, bo te pedały bardzo złośliwe a manetki i kierownice to wręcz wredne. Ale wreszcie jedziemy… Jak wyglądała podróż nie wspomnę, ale dla zainteresowanych proponuję lekturę na stronie opole24.pl z tego dnia.

 

Wrocław

Po konsultacjach telefonicznych „cumujemy” na trawniczku, rowerki ściągnięte czuć już atmosferkę rowerowego święta. Me myśli zaprząta jednak problem dyskretnej zmiany odzienia, wykorzystuję moment nieuwagi Artura i zmieniam spodenki we wnętrzu jego „Srebrzystej strzały” (swoją drogą, kto tak nazywa samochód? Smile ). Poczuć dotyk czarnej skóry bezcenne, za wszystko inne zapłacisz kartą. Dobra nasza, galotki założone, można przejść do uzupełniana „zapasów na zimę”. Batoniki są, żelki też ale Basia przynosi hiobową wieść – organizatorzy nie zapewniają jak to drzewniej bywało uzupełnienia bidonów i bukłaczków na starcie. Ruszam na poszukiwania ale dają one taki sam wynik Frown . Kupuję więc „proszek” (jak zapłacą za reklamę napiszę jaki) a Sławek ratuje mnie butelką mineralnej (jeszcze raz serdecznie dzięki) i jakby tego było mało spina to wszystko piękna klamrą użyczając mi spinki do łańcucha (całe szczęści nie była potrzebna, ale i tak jeszcze raz dzięki).

 

No i jak to mówiła moja babcia – siusiu, paciorek i … na start. Start się nieco przedłuża, ale wreszcie ruszamy. Odbieram jeszcze telefon od znajomej, informuję ją że właśnie startuję (czym nie wiedzieć czemu rozbawiam zgromadzoną wkoło gawiedź) i jadę.

 

Jadę. Jest dobrze, co prawda już na pierwszych kilometrach próbuje mnie dogonić karetka, ale udaje mi się ją zgubić w tumanach kurzu (jak się później okazało to jednak nie po mnie jechali). Jest fajnie – WYPRZEDZAM !!! Za chwilę co prawda mnie też wyprzedzają ale to „charcice” i „charty” z młodszych roczników. Ma to też dobre strony bo podejmuję zwiększony wysiłek aby na dłużej cieszyć oczy kształtnymi łydkami i tym co nieco wyżej (w sytuacjach ekstremalnych każda motywacja jest usprawiedliwiona). Ale nic co dobre nie trwa wiecznie… Frown

 

Pierwszy pit-stop. Mijam go, bukłaczek w moim camelbaku ma odpowiedni zapas, węglowodany ze „świderków ze serem” uwalniają się należycie… Jadę, żeby nie powiedzieć… A co mi tam! Pruję powietrze, skąpany w blasku słońca, pola zlewają się w zieloną smugę… I nagle ktoś wyłączył mi glikogen. Wokół mnie zaczęły śmigać srebrzyste, czerwone, błękitne, wielokolorowe rozpędzone latające maszyny… Nie pomogło gryzienie kierownicy, ślimaczyłem się. To było przygnębiające… Ale obudził się we mnie wojownik, znowu przed mymi oczyma jak neon rozpaliło się na czerwono hasło „Trza być twardym…”. Dotrwałem do pit-stopu. Kilka kęsów pomarańczy, łyk wody i wewnętrzne przekonanie, że to wszystko pikuś, stawiają mnie na nogi. Podejmuję rękawicę! Jadę. Będąc na szczycie jakiegoś pagórka widzę przed sobą rozciągnięty mocno szpalerek cyklistów, zakładam sobie, że dojdę tego piątego od końca (oceniam, że jest jakiś kilometr ode mnie). Zadanie wydaje się trudne, podświadomość walczy z jaźnią, nie zastanawiam się wyłączam obie i kręcę. Kręcenie jak się okazuje jest efektywne – zamierzony cel osiągam czas więc na nowe. Ale nie bardzo jest kogo ścigać, stawka tak jakoś dziwnie się rozciągnęła Smile.

 

Trzeci pit-stop. Znów pomarańczka i łyk napoju. Wymieniam kilka uwag z Iwoną z Azymka i wio! Zaraz za pagórkiem mija mnie Iwona rzucając z uśmiechem krótkie „No to się wyrównało…” i pojechała podcinając mi skrzydła. Taki podcięty kręcę dalej ale o dziwo nie tracę kontaktu wzrokowego z Iwoną. Mam nawet wrażenie, że odległość pomiędzy nami się zmniejsza. Motywacja pnie się w górę i o dziwo odległość rzeczywiście się zmniejsza. Wreszcie dojeżdżam do Iwony, krótka pogawędka i stwierdzam, że za nami podąża „tajemniczy Don Pedro” to nr 1574, z którym już kilka razy wymienialiśmy się „prowadzeniem”. Postanawiam rozegrać sprawę „na psychikę”. Na jakimś asfalcie pokazuję jaki jestem „mocny”, staję na pedały i pozwalam sobie na sprint jakbym już widział metę, wchodzę w zakręt na polną dróżkę, powoli odpuszczam. Mój partner został jakieś 100m w tyle myślę sobie „Jest dobrze!”. Kręcę całkiem przyzwoitym tempem, aż zadek i ręce zaczynają błagać o litość. Ale ja nie znam litości, a na pewno nie w tej chwili… Jadę tak sobie rozanielony, aż nagle słyszę za sobą skradającego się drapieżcę. To 1574 !!! Chwila nieuwagi i już mnie dopadł, ma mnie na wyciągnięcie dłoni (jakieś 25m)! Tego mi już było za wiele! Zrywam się jak zraniona sarna, płowa łania, do swego ostatniego biegu. Nie ważne czy to piaszczysty dukt, rozorana ścieżka czy czarny asfalt po prostu finiszuję. Jeszcze namierzam jeden cel tuż przed metą i jak Zatopek dochodzę, przechodzę i zostawiam w tyle. Wpadam na metę… Gdzie wszyscy poszli? Gdzie jupitery, światła fleszy? Smile Po jakiś 30 minutach (jak się okazało to było 30 sekund) na metę wjeżdża również 1574, podchodzę i dziękuję za walkę i motywację. Fajnie się jechało! I obaj dojechaliśmy! „To je to pane Hawranek!”

 

Pozdrawiam, Karol

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close