image

Alpy Julijskie 2014

imageBOVEC 2014

I stało się, długo oczekiwany wyjazd do Słowenii staje się faktem. Bus zatankowany, rowery na dachu, pozostaje jeszcze tylko poczekać do godziny zero,
czyli drugiej w nocy.Przed taką eskapadą dobrze jest wypocząć.Pojawia się jednak problem, bus nie chce zapalić.Dzwonię do Andrzeja i z jego pomocą,
„na kable”odpalamy auto.Jest ósma wieczorem i mamy trochę czasu żeby podładować akumulator. Adrenalina skacze, ale nie mamy wyjścia, kilka godzin
ładowania i auto zapala bez problemu.O pierwszej po północy ekipa zaczyna się zbierać, bagaże sprawnie ładujemy do samochodu, jeszcze trzy rowery na hak,
i można jechać.Przed nami 850 kilometrów przez Czechy, Austrię, Włochy do celu podróży czyli miasteczka Bovec w Słowenii. Humory dopisują, więc droga
mija szybko i po dziewięciu godzinach jesteśmy prawie u celu. Jeszcze tylko przeskoczyć przełęcz Predel na granicy Włosko – Słoweńskiej i jesteśmy.
Na przełęczy spotykamy pierwszych kolarzy, doskonałe miejsce dla szosowców, dla samochodów trochę mniej przyjazne. Podjazd liczy kilkanaście kilometrów,
widoki zapierają dech w piersi. Na to czekałem cały rok. Alpy witają nas słoneczną pogodą, na szczycie przełęczy zatrzymujemy się na kilka fotek.
Zjazd z Predel, przypomina rollercoaster. Droga jest bardzo wąska i kręta, z jednej strony skały, a z drugiej urwisko.Dojeżdżamy do Bovec, do naszej kwatery
trzeba przejechać tak wąskimi uliczkami, że mam wątpliwości czy nasz samochód się w nich zmieści.Udało się.

Dzień pierwszy – sobota

ślad GPS :

http://connect.garmin.com/activity/507112234

Jest południe, sprzęt rozładowany, kwatery przydzielone, czas na chwilę odpoczynku. Do dyspozycji mamy cały dom z pięknym obejściem i widokiem na
okalające całe miasto góry. Piwo w takich warunkach smakuje wyśmienicie. Błogie lenistwo ma jednak przeciwnika. Leszek na pierwszy dzień zaplanował
krótki rekonesans wokół miasteczka. Cóż, chyba po to tu jesteśmy. Ruszamy ciekawi jak wyglądają tutejsze szlaki. Jest ciekawie, bo to nie włoskie szerokie
szutry ale wąskie leśne ścieżki, które czasem bez ostrzeżenia kończą się gęstwiną nie do przebycia. Już pierwszy zjazd kończy się glebą. Leszek nie okiełznał
swojego nowego rumaka, pomagam mu opatrywać pierwsze zdrapki. Na szczęście to tylko trochę krwi i bólu.

Dzień drugi – niedziela. Wyprawa do…Mordoru

ślad GPS :

http://connect.garmin.com/activity/507112121

Czyli, miłe złego początki. Ruszamy w najdłuższą drogę naszego życia, o czym jeszcze nie wiemy, a czego przedsmak poczujemy po kilku kilometrach.
Przejazd przez słoweńskie miejscowości dostarcza miłych wrażeń, szlaki piesze i rowerowe prowadzą pomiędzy domami, czasem ma się wrażenie, że
za chwilę wjedziemy komuś do kuchni. Nareszcie las i droga wzdłuż rzeki Soca,
w której woda dzięki wapiennemu podłożu ma przepiękny, lazurowy
kolor. Kilka kilometrów sielanki przerywa dosłownie… obryw zbocza góry. Droga znika pod usypiskiem kamieni, nie sposób tamtędy się przedostać.
Zaczyna się noszenie rowerów, schodzimy w dół nad rzekę i omijamy przeszkodę. Pierwszy cel dzisiejszego dnia, to miejscowość Kobarid.
Tam robimy krótką przerwę na schłodzenie się piwkiem. Od tego momentu, zaczyna się poważniejsza część wycieczki. Teraz czeka nas kilkanaście
kilometrów podjazdu. Początkowo asfaltem, dalej już szuter i kamienie. Co kilka kilometrów stajemy, trzeba odpocząć i cyknąć kilka fotek, bo okolica
jest cudowna. Wreszcie męki się kończą( tak przynajmniej nam się wydawało) jesteśmy na przełęczy. Tablica informacyjna głosi, że wjeżdżamy na teren
Triglavskiego Parku Narodowego. Alpejskie łąki, krówki się pasą, dookoła góry, jednym słowem sielanka. Do domu pozostało jakieś dziesięć, może
jedenaście kilometrów. To niewiele jeśli ma być już tylko w dół. Zapasy wody i jedzenia są na wyczerpaniu, ale co tam, w Bovec czeka lodówka
pełna dóbr wszelakich. Jedziemy w dół. Szybko jednak gubimy ślad w GPS. Trzeba zawrócić, jest. Wchodzimy do lasu, szlak robi się wąski,
z przejezdnością też bywa różnie. Po kilkunastu minutach można już tylko iść. Jest coraz gorzej, ścieżka wąska na kilkadziesiąt centymetrów, wije się wzdłuż
urwiska, skały i inne przeszkody sprawiają, że rower stał się zbędnym balastem. Nastroje pogarszają się z każdą minutą. Czemu nie wracamy? To pytanie
powinno było paść w tej chwili.W oddali widzimy już rzekę i Bovec. Po około trzech godzinach marszu, Andrzej, który idzie przodem oznajmia reszcie wycieczki, że to koniec. Nie ma przejścia.Ogromna część zbocza góry osunęła się w dół, stanowiąc przeszkodę nie do przebycia. W górę stromizna, w dół urwisko, a na mapie
wokoło las i ani kawałka ścieżki. Jurek penetruje usypisko i potwierdza się czarny scenariusz, nie przejdziemy.Do domu pozostało jakieś trzy kilometry, niewiele.
Tyle, że w pionie jakieś pięćset metrów. Jest nerwowo, szukamy rozwiązania. Leszek schodzi w dół wierząc, że skoro jesteśmy tak blisko, może uda się nam jakoś przebić. Nic z tego, zapada decyzja którą mieliśmy podjąć już dawno temu. Wracamy tą samą drogą, choć określenia droga, użyłem mocno na wyrost. Tytułowy Mordor pasuje do krajobrazu tego miejsca jak ulał. Nasze samopoczucie też pozostawia wiele do życzenia. Bardzo szybko tracimy siły z braku jedzenia, wody
i trudności jaką zgotowała nam natura.
Zdajemy sobie jednak sprawę z tego, że trzeba iść, nie ma czasu na marudzenie
i przystanki.Wieczór zbliża się nieuchronnie. Gdy Słońce schowa się za górami,
będzie jeszcze trudniej. Po dwóch godzinach nieustannego marszu,dźwignia rowerów, zmordowani, docieramy na polanę na której pięć godzin wcześniej zaczęła
się nasza gehenna.Wszyscy czujemy wielką ulgę, jeszcze kilka kilometrów po szutrze i dostaniemy się do krowiego wodopoju.Tam jest woda, której tak nam brakuje. Wieczór tuż, tuż. Pozostał jeszcze zjazd bo najbliższej miejscowości, docieramy tam o zmroku. Daję propozycję, żeby poprosić kogoś z miejscowych,
o transport do Bovec. Jest ciemno, nie mamy oświetlenia, a najgorsze, że brak
nam sił. O dziwo wizyta w pierwszym domu przynosi porządany efekt. Rowery zostawiamy u przemiłych gospodarzy, pod wiatą bez drzwi obok traktora. Nikt
nie zawraca sobie głowy tym, czy jutro będą tam jeszcze stały. Ostatni odcinek
wycieczki pokonujemy busem. Nasza gospodyni spoglądając na nas groźnie oznajmia, że powiadomiła już górską służbę. Jest bardzo późno, trzeba jeszcze coś zjeść i wypić. Największe słowa uznania należą się Basi i Asi pokazały,
że są tak samo twarde jak faceci. Gratuluję.

Dzień trzeci – poniedziałek.

Wstajemy późno, niektórych boli głowa. Dziwne, powinny boleć nogi;) Trzeba jechać
po rowery. Czy ktoś wie gdzie to było? A jak już tam dotrzemy, czy one tam są? Zbiera się pięcioosobowa grupa poszukiwawcza. Umawiamy się, że ja wrócę
z trzema rowerami w busie, a czwórka twardzieli na kołach. Wioska naszego wybawcy jest na swoim miejscu, dom też, traktor widać z drogi. Czy są nasze rowery? Są, przestały spokojnie noc, nie nękane przez nikogo. Słyszałem opinie, że
Słowenia to pod tym względem bardzo bezpieczny kraj. Widać stojące bezpańsko w różnych miejscach rowery, bez zapięcia tudzież innej ochrony. Dziękujemy.

Dzień czwarty – wtorek.

ślad GPS:

http://connect.garmin.com/activity/509592969

Jest plan. Jedziemy na Stol, jeśli pogoda pozwoli. Nie pozwoliła:( Kilkanaście kilometrów kręcenia i na podjeździe łapie nas ulewa. Niebo zasnute na dobre.
Dziś nici z rowerów. Wracamy przemoczeni do suchej nitki, szybka kąpiel, obiad
i decyzja, jedziemy do Włoch. Cel – Udine. Jak co roku mamy zamiar zwiedzić miasto i zakosztować wina. Poprzednie wycieczki do Verony i Mediolanu dały nam
wiele miłych wrażeń. Udine niestety nie. Miasto nie powala ilością zabytków.
Za to sklepy w najstarszej jego części miały sporo do zaoferowania. Klapeczi,
bluzeczki, aż żal, że tak ciężko było się zdecydować. Prawda dziewczyny?

Dzień piąty – środa.

ślad GPS:

http://connect.garmin.com/activity/509592923

Cel to chaty pasterskie wysoko w górach. Po drodze krajobrazy jak z bajki. Rzeka
Korytnica jest tak urocza, że co chwilę stajemy na sesje zdjęciowe. To istny raj, dla
kajakarzy górskich. Trzeba mieć sporo umiejętności i jeszcze więcej odwagi by tam
pływać. Robimy krótką przerwę na posiłek i piwko:) Miejscowe potrawy nie robią na nas wielkiego wrażenia. Po posiłku ruszamy ostro pod górę. Niestety cały czas asfaltem. Nad nami cały czas zbierają się chmury. Może się uda, niestety pod koniec podjazdu zaczyna padać, na domiar złego rower Leszka odmawia współpracy. Zostaję by mu pomóc, reszta jedzie dalej. Szybko lokalizujemy usterkę,
do naprawy wystarczy imbus i ruszamy w pogoń. Leszek koniecznie chce dokończyć etap. On chyba potrafi wyłączyć receptory bólu, ledwo dotrzymuję koła.
Jest szczt, kompania stoi i oznajmia, że dalej jest zakaz jazdy na rowerach. Wracamy. Szałasy pasterskie widzieliśmy z daleka. Powrót sprawia nam dużo frajdy,
pędzimy w dół rozkoszując się prędkością. Wracamy do Bovec. Leszek szuka chętnych na krótką wycieczkę po okolicy, z mizernym skutkiem, więc jedzie sam.

Dzień szósty – czwartek.

ślad GPS:

http://connect.garmin.com/activity/509592849

O tej wyprawie rozmawialiśmy od pierwszego dnia. Celem jest wjazd na Mangart.
Mamy dojechać na 2000 npm. Pogoda sprzyja. Ruszamy w kierunku przełęczy Predel. Tej samej którą pokonaliśmy pierwszego dnia autem:) Kilkanaście kilometrów do wjazdu na właściwą drogę to ciągły podjazd. Na rozjeździe Predel – Mangart znak. Wjazd na Mangart zamknięty. Co to dla nas. Po wyprawie do Mordoru nic nas nie wystraszy. Jedziemy. Z tablicy informacyjnej na początku podjazdu, dowiadujemy się, że będziemy przejeżdżać przez cztery tunele, a nastromienie drogi osiągnie 22 % . Ustalamy kolejność przejazdu zgodnie z posiadanym oświetleniem. Przed nami kolejne kilkanaście kilometrów ciągłego
podjazdu. Widoki jak wszędzie wspaniałe. Andrzej który jedzie jako pierwszy, lepi nam…bałwanki :) Tak, zaczynamy napotykać łachy starego śniegu, im wyżej, tym jest go więcej. Są też tunele, przejazd nimi nie należy do przyjemności. Zimne, ciemne i wilgotne. Na drodze jest też coraz więcej śniegu. Czasem zalega go tyle, że trzeba przenosić rowery. Co jak co, ale w noszeniu rowerów jesteśmy mistrzami:)
Tak jak w niedzielę Andrzej jedzie daleko przed nami, widzimy go z daleka. To źle wróży, faktycznie, na wysokości 1800 m. droga jest całkowicie pod śniegiem. Czwarty, ostatni tunel całkowicie zasypany. Do szczytu zabrakło dwieście metrów w pionie i dwa, może trzy kilometry wspinaczki. Śnieg zagradza drogę nie tylko nam, dojeżdżają też dwaj szoszoni, chyba Austriacy. Napawamy się widokami surowych szczytów piętrzących się wokoło. Pora włożyć coś na grzbiet i wracać, tym bardziej, że w oddali widzimy padający deszcz. Przed nami prawie trzydzieści kilometrów zjazdu. Sama radość, prędkości są zawrotne, a urwisko to z lewej, to z prawej strony drogi, pobudza wyobraźnię. W jednej z mijanych wiosek stajemy na popas:) Jedzenie znowu nas nie ujmuje, szczególnie Basi nie podszedł kozi ser
o konsystencji mielonej kredy i smaku równie dziwnym. Za to spotykamy ciekawych tubylców raczących się jakimś mocniejszym trunkiem. Kolejny dzień zaliczony. Pomimo tego, że wycieczka jest niedokończona, jesteśmy zadowoleni.

Dzień siódmy – piątek.

ślad GPS:

http://connect.garmin.com/activity/517219213

To ostatni dzień kręcenia. Robimy powtórkę z wtorku, kiedy musieliśmy zawrócić
z powodu ulewy. Jedziemy na Stol. Tym razem musi się udać. Jest tylko jedno małe ale. Krótki odcinek na zjeździe jest oznaczony jako bardzo trudny. Uda się, ale zanim tam dotrzemy, znowu mozolnie pniemy się pod górę. Najpierw asfaltem, aż do granicy z Włochami, potem już szutrem. Stale pod górę. Czujemy już w nogach cały tydzień jeżdżenia, co jakiś czas robimy przerwy na zdjęcia i odpoczynek. Na szczyt docieramy już mocno zmęczeni. Widok jaki rozpościera się z tej góry, jest rekompensatą za mozolną wspinaczkę. Warto było się męczyć. Dodatkową atrakcję stanowi alpejska roślinność, która w tych warunkach potrafi przetrwać, a wiosną cieszy nasze oczy pięknem różnokolorowych kwiatów. Jak zawsze na szczycie robimy zdjęcia i ruszamy w dół. W oddali, za naszymi plecami widzimy zbliżającą się ulewę, lepiej być już na dole kiedy pada deszcz. Początkowo droga jest szeroka, szybko gubimy kolejne metry. Dojeżdżamy do miejsca gdzie szlaki się rozdzielają, decyzja jest prosta, najkrótszym w dół. Zaczyna się schodzenie, czasem jest tak stromo, że trzeba podawać sobie rowery. Koniec, można jechać.Na zejściu Basia zalicza upadek. Oj, bardzo bolało, będzie pamiątka w postaci krwiaka. Ostatni zjazd. Tym razem Asia wypada z drogi, tu też będzie podobnie, ból i siniaki. Całe szczęście, że nie ma groźniejszych urazów. Jesteśmy na dole. Przystanek na piwo,
trzeba przeczekać deszcz który nas dogonił. Jeszcze raz, na sam koniec lekko nas zmoczyło. Jednak to co widzieliśmy w Alpach Julijskich było niesamowitym przeżyciem.
Dziękuję wszystkim uczestnikom wyprawy za zaangażowanie przy organizacji wyjazdu, za dobre humory w trakcie wyprawy pomimo tego, że czasem nie było nam do śmiechu. Mam też nadzieję, że będą kolejne równie udane wyprawy w Alpy.

SŁAWEK

Udział wzięli :
Basia
Asia ( come back )
Rafał
Jurek ( debiutant )
Andrzej
Leszek ( reżyser )
Sławek.

Scenariusz : Przyroda i Pogoda

Reżyseria : Leszek przy wydatnej pomocy dwójk w/w

Oto link do galerii Leszka:

https://picasaweb.google.com/105102271490828696712/AlpyJulijskie052014R?authuser=0&feat=directlink

Dla zainteresowanych śladami GPS, dane można zmienić na metryczne w prawym górnym rogu strony.

3 comments for “Alpy Julijskie 2014

  1. Michał Hońka
    9 czerwca 2014 at 23:16

    Ładnie !!! Już chyba wiem gdzie rodzinę zabiorę na urlop :)

  2. Lechu
    Lechu
    10 czerwca 2014 at 07:22

    Jak to czytam to czuję jakbym znowu tam był :)

  3. Arczi
    10 czerwca 2014 at 07:47

    Pięknie opisane ! Po lekturze czuję jakbym był tam z Wami :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close