A w Kacpra jakby „diabeł wstąpił” … czyli o BM w Zdzieszowicach

Ale do rzeczy. Sobota, maraton w Zdzieszowicach, czyli blisko, nie trzeba wcześnie wstawać, można spokojnie zjeść śniadanie. Wszak trzeba stawić się dopiero o 10.00. Jeszcze tylko ubrać się, spakować rowery i można wyjeżdżać. Rzut oka na zegarek – 9.50. No to się chyba spóźnimy. Jedziemy ile fabryka dała, jeszcze zamknięty przejazd. Uff. Około 10.00 dyscyplinujący telefon Prezesa. Dotarliśmy chwilę po 10. Bez problemu znaleźliśmy nasz team. Z daleka można zobaczyć charakterystyczne zielone stroje. Prezentujemy się naprawdę świetnie. To chyba jedyny maraton, na którym mamy tak liczną reprezentację.

 

Wysoka frekwencja to dobry moment, aby omówić kilka spraw organizacyjnych, a więc było przemówienie Prezesa, ustaliliśmy terminy obozów przygotowawczych, zatwierdziliśmy budżet. Jeszcze klika pamiątkowych fotek i trzeba przygotować się do startu. Czasu już niewiele, krótka rozgrzewka i do sektorów. Co prawda na starcie dowiedziałem się, że zmieniły się zasady ustawiania w sektorach. Tradycyjnie razem z Kacprem stanęliśmy w ostatnim, jak się potem okazało decyzja była trafiona. Oczywiście, czego wcześniej nie napisałem, razem z Kacprem, zamierzaliśmy jechać dystans mini.

 

 

 

 

Start. Mimo szóstego sektora dosyć ostre tempo. Asfaltowy podjazd, zaczynamy podjeżdżać znacznie szybciej niż na treningach, ale cóż – zawody. Hamuję trochę Kacpra, bo chciał wjechać na górę ze średnią ok. 20 km/h. Na podjeździe mijają nas Mirek z Leszkiem. Kacper wypatruje swoich rywali, a w szczególności zawodnika z numerem 87. Na razie go nie widać. Podjeżdżamy pod zajazd, niestety korek, tracimy parę minut. Za chwilę następny przy zjeździe do lasu, znowu dwie trzy minuty postoju. W międzyczasie obok nas przemyka Darek. Dalej już jest dużo lepiej. Podjazd pod amfiteatr i zjazd krokodylem, jeszcze jeden mały korek i można jechać. Na zjeździe mija nas Anita, ale minę ma nieszczególną, widać, że jej się jedzie bardzo ciężko. Na zjeździe czekam trochę na Kacpra i w międzyczasie orientuję się, że będę miał problemy z przednią przerzutka, co prawda zrzuca na młynek, ale strasznie rzęzi. No trudno, nie ma wyjścia, trzeba jechać.

 

Gdy szykujemy się do drugiego podjazdu mija nas rywal Kacpra, zawodnik z numerem 87. W tym momencie spadł mi łańcuch, musiałem się na chwilę zatrzymać. Nie mniej jednak w Kacpra, po minięciu przez rywala, jakby „diabeł wstąpił”. Zaczął jechać tempem, którego jeszcze u  niego nie widziałem, mijając wszystkich po kolei. Dla mnie to tempo było także nieosiągalne. Gry już wsiadłem na rower, próbowałem go dogonić, ale zielona koszulka zaczęła migać w oddali między drzewami, aż w końcu zniknęła.

 

Ja jechałem tempem maksymalnym (dla mnie), po drodze minąłem Anitę. Myślę, że na podjeździe straciłem jakieś dwie minuty. Gdy wjeżdżałem na górę miałem ciemno przed oczami i ogólnie słabo się czułem. Najgorsze za mną, teraz już prawie z góry. Wziąłem się za gonienie Kacpra. On jeździ nie używając blatu, więc na zjazdach i prostych będzie mi łatwiej. Dopadłem go w lesie, chyba trochę na mnie czekał. Za chwilę bufet, na którym się nie zatrzymaliśmy i prosto do mety. Po drodze spotkaliśmy Przemka, który zrobił kilka fotek. Nie muszę dodawać, że przyjechaliśmy przed zawodnikiem 87, co było chyba najważniejsze.

 

 

 

 

Na mecie już czekali Krzysiek wraz z małżonką oraz Bartek. O ile widok Anety i Bartka nas nie zdziwił o tyle Krzysiek był małym zaskoczeniem. Po chwili się wszystko wyjaśniło: złamana przerzutka, uszkodzone koło i przejechane 6 km trasy. Niektórzy to mają pecha lub… Smile. Chwilę po nas przyjechał Mateusz, a my poszliśmy się napić. Oczekiwanie z piwkiem na przyjazd kolejnych zawodników z teamu to całkiem fajna sprawa.

 

Pierwszy przyjechał Wojtek, który w tym sezonie jest bardzo mocny. Chwilę po nim pojawiła się Beata, na którą nie mogła doczekać się kibicująca córka. Potem Artur i Sławek. My liczymy ile jeszcze naszych na trasie, alkohol jednak źle wpływa na myślenie, to rachunki się co chwilę zmieniały. Po dłuższej chwili przyjechał Mirek, za chwilę Leszek. Na trasie według naszych obliczeń byli jeszcze Piotrek, Darek, Anita i Karol. W takiej też kolejności przyjechali do mety, co zostało uwidocznione w dokumentacji fotograficznej wykonanej z dużym poświeceniem przez Anetę, która dzielnie stała i wypatrywała kolejnych zawodników w zielonych koszulkach.

 

Ogólnie maraton bardzo udany. Nasza drużyna prezentuje się świetnie i jeszcze lepiej jeździ. Do zobaczenia w Piechowicach.

 

Pozdrawiamy, Grzegorz i Kacper

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close